Kiss the Girls and Make Them Die (1966)

Piękne kobiety, stylowe samochody i słoneczne plaże Rio de Janeiro. Kiss the Girls… (1966) to jeden z setek powstałych w latach 60, klonów przygód Jamesa Bonda. Tym razem bardzo stylowy, naszpikowany humorem i gadżetami. Świetne scenerie i aktor do złudzenia przypominający młodego Seana Connery. Jeśli sam Quentin Tarantino miał na jego punkcie fioła i uznawał za najlepszą wariację na temat agenta 007, to nie mogłem przejść obojętnie. A więc do rzeczy.

Mający słabość do płci pięknej, wpływowy Pan Ardonian zaprojektował urządzenie, które sprawi, iż ludzie nie będą zainteresowani reprodukcją. Przy wykorzystaniu rzadkiej odmiany kobaltu, maszyna umieszczona na orbitującej rakiecie emituje fale, które wpływają bezpośrednio na populację terenu, nad którym się przemieszcza. Głównym celem są mieszkańcy Stanów Zjednoczonych.

Tutaj pojawia się szarmancki agent C.I.A. o nazwisku Kelly i numerze 409. Cudem unikając kolejnych zamachów na swoje życie, podąża śladem przebiegłego Ardoniana, by zapobiec podpisaniu umowy z Azjatami. Próbując rozgryźć zagadkę, trafia na ślad pewnego notatnika. W międzyczasie nawiązuje kontakt z przypadkowo poznaną pięknością, która okazuje się agentką brytyjskiego wywiadu…

Co ciekawe, seksowna agentka Susan ma na nazwisko Fleming. Zupełnie jak brytyjski pisarz Ian Fleming, autor powieści o przygodach Jamesa Bonda. Jej szofer natomiast nosi imię James. Moim zdaniem ślicznotek na planie jest niestety za mało. Jeśli ktoś lubi egzotyczne piękności i wdzięki południowych kobiet, polecam bliżej przyjrzeć się koprodukcjom włosko-francusko-niemieckim, które obfitowały w tego typu atrakcje. W przypadku recenzowanego tytułu (który nomen omen zawiera słowo „girls”), ma się to nijak do rzeczywistości. Bardzo boli zbyt krótki epizod Margaret Lee, znanej z recenzowanego przeze mnie niedawno krwawego giallo Cold Blooded Beast (1971).

Wcielający się w agenta Kelly’ego aktor Mike Connors wspominał, że film był wtedy jedyną produkcją, której ekipa miała możliwość kręcenia ujęć na terenie świętej figury Chrystusa w Rio de Janeiro. Fabuła Kiss the Girls… przypomina historię z Moonrakera (1979) z Jamese Bondem, który został nakręcony… 13 lat później. Studio Columbia Pictures obsadziło w głównej roli Mike’a Connors’a, po tym jak świetnie wypadł na przesłuchaniu do roli Matt’a Helma w filmie The Silencers (1966), która ostatecznie przypadła Deanowi Martinowi. Do roli agenta Kelly’ego pretendował również Curd Jungers.

Niestety nie przybiję piątki z Tarantino. Widziałem wiele lepszych tytułów z gatunku i zamiast bezpłciowego Connorsa, widziałbym tu Kena Clarka lub innego euro-amanta, który dolałby południowego smaczku do produkcji. Mimo iż reżyserowi towarzyszył włoskiej krwi Maiuri, to całość jest niestety bardziej amerykańska. Swoją drogą w Stanach nie umieszczono nawet nazwiska Maiuriego w napisach początkowych.

Dużym plusem filmu jest cała masa efektownych gadżetów. Są to m.in. zegarek Kelly’ego z radarem i wbudowanym radiem, eleganckie buty strzelające metalowymi strzałkami spod podeszwy, obrotowe biurka, podsłuchy i centrum monitoringu oraz pierścionek z trucizną w kolcu, którym umiejętnie posługuje się piękna agentka Fleming. Seans mimo wszystko zaliczam do udanych. Zapraszam do słonecznego Rio!

Oryginalny tytuł: Se tutte le donne del mondo..

Produkcja: Włochy/USA, 1966

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *