Wolf Creek (2016-)

Wydawać by się mogło, że napisane i wyreżyserowane przez Grega McLeana Wolf Creek (2005) i Wolf Creek 2 (2013) wyeksploatowało do końca motyw polującego na przemierzających australijski bezkres turystów szaleńca. Jednak wykreowana na ekranie postać Micka Taylora – w tej roli genialny wręcz John Jarratt – oraz egzotyczny krajobraz ojczyzny kangurów sprawiły, że nakręcony w formie serialu spin-off przyjęliśmy z otwartymi ramionami.

Na każdy z dwóch sezonów serialu przypada tylko sześć odcinków. I jest to świetny metraż, ponieważ fabuła obydwu serii jest dość prosta i rozciągnięcie jej na więcej epizodów skutkowałoby zapewne rozwodnieniem historii. W pierwszej poznajemy losy amerykańskiej rodziny Thorogood, która postanowiła spędzić wakacje na australijskim odludziu. Na ich nieszczęście w buszu wciąż czai się żądny krwi Mick, który zaskakująco nie postarzał się zbytnio od ostatniego czasu i dalej jest prawdziwym mistrzem w swoim fachu – zabijaniu ludzi.

Z masakry, jaką szaleniec dokonuje na biwakującej familii, z życiem uchodzi tylko nastoletnia Eve (Lucy Fry). Po ucieczce ze szpitala napędzana chęcią zemsty dziewczyna postanawia odnaleźć i zabić zdziczałego mężczyznę w niebieskiej ciężarówce. Na jej tropie jest policyjny detektyw Sullivan Hill (Dustin Clare), który zaczyna podejrzewać, że być może Eve ma rację i okolica rzeczywiście boryka się z psychopatą.

Zakręcenie ciągłej narracji wokół postaci slasherowego mordercy nie jest prostym zdaniem. Tak naprawdę udało się to tylko w Hannibalu (2013-15), dwóch pierwszych sezonach Krzyku (2015-) i połowicznie w Bates Motel (2013-17). Przyczyny takie stanu rzeczy są proste. Po pierwsze, postać, która ma stać w centrum, jest trochę ograniczona, ponieważ każda próba zagłębienia się w jej rozwój może przedwcześnie ją zdemaskować.

Po drugie, mając ikonicznego mordercę jako główną gwiazdę show, trzeba mu napisać satysfakcjonujące zakończenie oraz zadbać o to, by ten nie został pokonany “na dobre”. A jako że Wolf Creek wyzbyty jest z paranormalnego aneksu, zakończenia obydwu serii są największą bolączką serialu. Ale na to byliśmy raczej przygotowani i w sumie nie wiem, jak twórcy mieliby inaczej ugryźć temat.

Oczywiście, cała fabuła to jedno wielkie ozploitation (australijska odmiana kina eksploatacji), w której nastoletnia dziewczyna ze strzelbą w rękach włóczy się samotnie po pustkowiu, walcząc nie tylko z szaleńcem, ale również lokalnymi bandami motocyklistów. To zmiana względem pełnometrażowych produkcji, ponieważ tutaj myśliwy staje się zwierzyną.

Na szczęście spin-off Wolf Creek nie próbuje odtworzyć oryginalnej historii, zamiast tego zdecydował się rozszerzyć mitologię zaginięć na australijskiej prowincji, jednocześnie przybliżając nam nieco historię Micka oraz jego ciągotek do zabijania. John Jarratt gra Micka z niepokojącym spokojem, całkowitą swobodą w mordowaniu i torturowaniu ludzi dla czystej zabawy. Sam jego demoniczny śmiech potrafi zjeżyć włosy na karku.

W drugim sezonie mamy już slasher pełną gębą. Do australijskiego buszu wyrusza autobus pełen różnej maści turystów. Mamy tutaj skonfliktowane, amerykańskie małżeństwo Rebeccki i Danny’ego (Tess Haubrich i Charlie Clausen), Niemcy, Kanadyjczycy oraz psychiatra sądowy Brian (Matt Day). Wszyscy oni są gotowi do walki o przeżycie, kiedy trafią dosłownie w ręce Micka.

I tutaj również twórcy wychodzą obronną ręką! Od powolnego, wręcz elegijnego intra z fantastyczną piosenką Down Under, będącą coverem grupy Men At Work, częstej obecności głównego antagonisty na ekranie na nieco surrealistycznych wstawkach kończąc, wszystko znów gra tutaj jak w szwajcarskim zegarku.

W drugim sezonie działa wiele ciekawych pomysłów. Początkowo widzimy, jak turyści dzielą się na  rówieśnicze grupki, gdy my zaczynamy postrzegać ich bardziej jako jednostki. Nawet wtedy, gdy ich liczba drastycznie spada. Komiksowe motywy znane z  pierwszego sezonu zostają tutaj wytłumione (na przykład nie ma przestępczych gangów motocyklowych), a zastąpione zostają pytaniami o przetrwaniu, które rzadko dostają odpowiednio wiele czasu w tego typu narracjach. Jest nawet taki moment, gdy Brian, psycholog, próbuje spowolnić uwięzionego Micka, serwując mu „rozmową terapeutyczną”.

Piękne i klimatyczne zdjęcia stanowią głównych atrakcji serii, pokazującą, jak ekspansywny i odizolowany jest australijski busz. Krajobraz jest tutaj piękny w swej surowości, zachwycający swoim niebezpieczeństwem w postaci nie tylko psychopatycznego mordercy, ale również jadowitych zwierząt i palącego słońca. W pierwszym sezonie odwiedzimy również malutkie miasteczka ulokowane pośrodku niczego, które od razu skierują nasze skojarzenia w stronę Mad Maxa (1979).

Wolf Creek to w gruncie rzeczy nieskomplikowany horror, któremu udaje się sprawić, że zarówno film, jak i serial jest tak niepokojący. To, w połączeniu ze statystykami, według których aż 30 000 ludzi ginie w Australii każdego roku, z czego aż 10 procent nigdy się nie odnajduje, wpisuje w ten naprawdę piękny krajobraz mocno wybrzmiewającą, depresyjną nutę.

Choć Mick w swojej skłonności do żartów przypomina raczej Freddy’ego Kruegera niż Jasona Voorheesa, serial jest naprawdę klimatyczny i przerażający. To udana passa bezkompromisowego terroru dwóch poprzednich filmów Grega McLeana. Jako serialowy zabijacz (heh) czasu, Wolf Creek wypada naprawdę dobrze, a szczerze wierzę, że znajdą się ludzie, którym ta inkarnacja przygód Micka przypadnie bardziej, niż jego pełnometrażowe występy!

Dystrybucja w Polsce: Kino Świat

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *