Shalako (1968)

Pod koniec lat 60. Sean Connery pragnął uciec od ciągłego kojarzenia go z rolą agenta 007, z której zrezygnował po piątym filmie serii, Żyje się tylko dwa razy (1967). Choć dobrze wiemy, że kilka lat później znów wskoczy w nienaganny garnitur w Diamenty są wieczne (1971). Zanim jednak się to stało, Connery chciał udowodnić wszystkim, że jest dobrym aktorem, a nie tylko Jamesem Bondem, dlatego przyjął kilka ról z od różnych wytwórni filmowych.

Jedną z nich była tytułowa rola w filmie Shalako, klasycznym westernie napisanym na podstawie powieści z Louisa L’Amoura. Niestety, choć obsada produkcji była naprawdę imponująca, sam tytuł okazał się mało ambitny i strasznie konwencjonalny, przez co nie wychylił szyi ponad całą masę produkowanych w tamtych czasach mu podobnych.

Ale nie zrozumcie mnie źle, nie jest to w żadnym wypadku film zły! Problem polega na tym, że mając tak utalentowaną ekipę przed i za kamerą oraz pokaźny budżet, którym można się dowoli zabawić, wypadałoby oczekiwać naprawdę wspaniałego, wiekopomnego produktu końcowego.

Postać Connery’ego, Shalako, jest przedstawiana jako tajemniczy samotnik, twardy i szorstki typ, który, jak podejrzewamy od samego początku, poradzi sobie zarówno w walce, jak i w miłości. Samotnie przemierza bezgraniczne tereny rodzących się Stanów Zjednoczonych, jednak jego legenda zdaje się być znana wszystkim w okolicy. Poza tym niewiele mówi się o jego pochodzeniu i zasadniczo jesteśmy zmuszeni zaakceptować bez zająknięcia jeden z najstarszych stereotypów: twardego i honorowego człowieka w trudnych czasach.

Reprezentuje bohaterski archetyp w nowym (no cóż, „nowym” dla aktora) gatunku. Niestety, rola ta nie daje tak naprawdę szans, na jakikolwiek popis dla tego szkockiego pochodzenia aktora. To dość nudna, jednowymiarowa postać. O wiele większe zainteresowanie wzbudza oglądanie nieco lepiej napisanych, przede wszystkim wyróżniających się postaci drugoplanowych – galerii różnorodnych łotrzyków, łotrów, egomaniaków i cudzołożników – które pękają pod naporem pustynnej przygody. Los różnych postaci drugoplanowych, w miarę ich stopniowego kurczenia się, jest zdecydowanie najprzyjemniejszym aspektem filmu.

Na Dzikim Zachodzie niesforny Fulton (Stephen Boyd) przewodzi grupie myśliwych składającej się z zarozumiałych, egoistycznych arystokratów. Ta wysokoklasowa gromada składa się z różnych znudzonych i sfrustrowanych Europejczyków, którzy desperacko chcą uwolnić się od swojego nudnego życia. Należą do nich hrabia Von Hallstatt (Peter Van Eyck), hrabina Irina (Brigitte Bardot), Daggett (Jack Hawkins) i jego niespełniona seksualnie żona Lady Daggett (Honor Blackman). Podczas podróży po jałowych pustkowiach napotykają włóczęgę imieniem Shalako (Connery), który wyjaśnia im, że ​​znajdują się na terytorium Apaczów i że armia wysłała go, aby natychmiast ich zawrócił.

Edward Dmytryk reżyseruje film w rzemieślniczy sposób, nastawiony na czysty zysk. W dorobku Dmytryka znajdowały się tak cenione klasyki, jak Bunt na okręcie (1954), W poszukiwaniu deszczowego drzeewa (1957) i Młode lwy (1958). Z pewnością miał więc odpowiednie kwalifikacje, aby stanąć za sterami takiego filmu. Choć generuje sporadyczne przebłyski napięcia, dość przyzwoicie organizuje rozmaite strzelaniny i oblężenia, nad filmem wisi jednak ogólna aura obojętności, której ani Dmytryk, ani jego aktorzy nie potrafią rozproszyć.

Connery i Bardot zostali obsadzeni prawdopodobnie z powodu swojego seksapilu – byli powszechnie uważani za „pięknych ludzi” swojego pokolenia, a poprzez zrzucenie ich razem w przepoconą przygodę, producenci zamierzali wyrwać więcej grosza. Powieść L’Amour była od początku przeznaczona do wykorzystania jako filmowy scenariusz, ten zrealizował się ostatecznie w hiszpańskich plenerach, choć z początku miejscem kręcenia miał być Meksyk.

Oczekiwana chemia między bohaterami nigdy się tak naprawdę nie urzeczywistnia, jak na tak rzekomo „seksowne” połączenie jest to zdecydowanie pozbawiony seksu film. W rzadkich przypadkach, gdy wrzucani zostają  w romantyczne sytuacje, historia zaczyna gnać na złamanie karku, by nie stracić swojego tempa. Nie chodzi o to, że gwiazdorskie nazwiska do siebie nie pasują, to scenariusz nie daje im wiele do działania.

Podobnie jak w przypadku większości westernów, scenografia jest wystarczająco spektakularna (jak już wspomniano, Hiszpania zastępuje amerykański Dziki Zachód). Ogólnie rzecz biorąc, Shalako to nic innego jak oglądalny, nieco pozbawiony inspiracji euro-western, któremu brakuje polotu i stylu jego ówczesnych kuzynów z Włoch.

Oryginalny tytuł: Shalako

Produkcja: USA/Wielka Brytania/RFN, 1968

Dystrybucja w Polsce: Telewizja Polska S.A.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *