Cobra (1986)

Trudno o bardziej ikoniczne figury kina akcji lat 80. niż Arnold Schwarzenegger i Sylveser Stallone. Te dwie chodzące kupy mięśni, przesiąknięte seksem archetypy mężczyzny końcówki ubiegłego wieku na stałe wyryły swoje inicjały nie tylko w głowach biegających po krzakach chłopców z imitującymi broń patykami, ale również w popkulturowej świadomości. Dlatego dobrze jest raz na czas wrócić do tych słusznie minionych czasów, kiedy kinem w głównej mierze rządzili napakowani faceci, brutalność była na porządku dziennym, a kobiety zazwyczaj miały tylko ładnie wyglądać.

Właśnie w ten złoty okres kina akcji, który dzisiaj jest wręcz fetyszyzowany poprzez masę płynących na fali nostalgii produkcji, wpisuje się idealnie napisana przez samego Stallone’a Cobra. Film oddający tak bardzo charakter napędzanych kokainą obrazów tamtych lat, że bez problemu można odbierać go jak skumulowany w jednym filmie gatunkowy pastisz.

Scenariusz okazuje się mokrym snem samego Sylvestra na temat kultowego Brudnego Harry’ego (1971), tylko że podkręconego na maksa pod każdym możliwym względem! Ale w tym całym szaleństwie dostrzec możemy obraz przerażonego, konserwatywnego społeczeństwa, które potrzebuje obrońcy.

I tę rolę obejmuje właśnie Stallone, wcielając się w jednoosobową armię o nazwisku Cobretti. Znany z niekonwencjonalnych metod działania glina staje do walki z tajemniczą sektą o charakterze paramilitarnym. Na jej czele stoi psychopatyczny morderca o jakże wysublimowanym pseudonimie Nocny Rzeźnik, a o wykrzywionej w wiecznym grymasie twarzy Briana Thompsona. Oczywiście po drodze napatoczy się jeszcze kobieta, w tej roli Czerwona Sonja (1985), którą nasz bohater uwiedzie, uratuje, a następnie znów uwiedzie.

Oglądając Cobrę nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest to w zasadzie Rambo 2 (1985) przerzucony na wielkomiejski teren. Oczywiście, scenariusz czy realizacja stoi na odpowiednio niższym poziomie, przez co dla wielu widzów będzie balansował on na granicy tak zwanego „złego kina”. Ale jeśli już nazwiemy obraz ten „złym”, to powiedzmy sobie szczerze, trudno o lepszy-zły film! Bo dostarcza on w zupełności to, co leżało w intencjach naprutych koksem twórców – szybką, efekciarską rozrywkę.

A doczepić się można tutaj do wielu rzeczy. I choć sceny akcji są naprawdę emocjonujące, chodzi mi tutaj głównie o starcia z pojedynczymi przeciwnikami. Otwierająca film akcja w supermarkecie oraz „gorący” finał to małe arcydzieła kina akcji! Właśnie te małe sceny są tymi najlepszymi, kiedy w grę wchodzi większy oddział uzbrojony w toporki – którymi tak figlarnie żongluje – perspektywa nieco oddala się od bohatera. Na pierwszy plan wychodzą pościgi, strzelaniny w szerszym planie, a brakuje po prostu ludzi.

Parę uwag mam również do głównego bohatera. Stallone nie sili się na nic więcej oprócz bycia twardym i kozacko wyglądające żucie zapałki. Co zabawne, nie spędzimy z nim tak wiele ekranowego czasu, ile byśmy chcieli. Dlatego każde pojawienie się tej najskuteczniejszej broni amerykańskiej policji w czarnych pilotkach i skórzanej kurtce cieszy. Podobnie jest z jego Nemesis. Dzierżący ciekawą kombinację noża i piły Brian Thompson nie ma zbyt wielu okazji, aby zamienić kilka słów z Cobrą. Kiedy jednak dochodzi do dialogu, jego skandynawski akcent stanowi miłe urozmaicenie.

Nie polecam zatem siadać do seansu Cobry z żadną powagą. To film, który większość swoich wad odwraca na swoją korzyść, dając nam uroczą zgrywę z gatunku, który jednak nigdy poważny nie był. Uwierzcie mi, scena w knajpie i podryw na „masz może koło?” zapadnie Wam w pamięci na zawsze! Warto również poświęcić czas na dzieło Stallone’a, by wiedzieć, do czego tak ochoczo masturbują się dzisiejsi twórcy wszystkich tych żerujących na nostalgii dzieł popkultury.

Oryginalny tytuł: Cobra

Produkcja: USA, 1986

Dystrybucja w Polsce: TVN

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *