Powrót ślepej śmierci (1973)

La Noche del terror ciego, czyli Grobowce ślepej śmierci z 1972 roku, to w pewnych kręgach film kultowy, jednak nie zdziwiłbym się gdyby większość z was przeczytała o nim dopiero teraz. Wyreżyserowany przez Amando de Ossorio, jest znośnym, ale niemiłosiernie powolnym zombie movie z wątkami okultystycznymi. Jednak to nie na nim chciałbym się skupić, a na jego seqelu, wydanym rok później, Powrocie ślepej śmierci.

Cała fabuła dzieła obraca się wokół tytułowej „ślepej śmierci”, czyli templariuszy-satanistów, którzy w przeszłości umiłowali sobie zabijanie dziewic, picie krwi i wyjadanie serc. Niestety dla nich, mieszkańcy okolicznych wiosek nie byli pozytywnie nastawieni do tego typu praktyk, dlatego pewnej nocy zdecydowali się wymierzyć samosąd. Siłą wyrzucili rycerzy z krypty, wypalili pochodniami ich oczy, a następnie spalili na stosie. Kilka stuleci później templariusze znów wstają z grobów i szukają zemsty na niczego niespodziewających się mieszkańcach.

O filmie Amando de Ossorio można mówić wszystko, ale w żadnym wypadku nie można zarzucić mu braku oryginalności. Twórca jest bowiem (mam nadzieje) świadomy jak absurdalny jest sam koncept jego dzieła, więc w pewnych momentach puszcza wodzę fantazji. Czegóż tu nie ma, od charakterystycznej dla serii, jazdy na koniu w slow-motion, przez drewniane kukły udające templariuszy, po idiotyczne zachowania bohaterów, którzy nie potrafią przechytrzyć poruszających się w żółwim tempie, niewidomych zombie. Powrót ślepej śmierci jest dla mnie definicją filmu tak złego, że aż dobrego. Ossorio prowadzi nas przez fabułę swojego dzieła ze śmiertelną powagą, co najmniej jakby kręcił pierwszą Noc żywych trupów, sprawiając, że każda scena staje się jeszcze bardziej śmieszna i absurdalna. Oczywiście jak na produkcje o zombie i do tego europejską(!) nie mgło zabraknąć całej gamy barwnych bohaterów: chorego dziwaka, wyglądającego jak dzwonnik z Notre Dame, niewiernej żony, jej przystojnego kochanka, starego burmistrza, szefa ochrony i oczywiście dziecka z rodzicami.

Reżyser nawet nie sili się na jakiś skomplikowany komentarz społeczny, po prostu idzie po najmniejszej linii oporu, wrzucając na ostatnie 20 minut kilka sprawdzonych schematów, które zgrabnie pozamykają wszystkie wątki. Na wielką pochwałę zasługuje jednak scena walki, która sprawiła, że prawie spadłem z fotela… ze śmiechu oczywiście. Uwierzcie mi, czegoś takiego nie ma nawet w Karate po Polsku, to po prostu trzeba zobaczyć. Ogólnie film wypada na tle swojego poprzednika znacznie lepiej. Ossorio trochę się opamiętał i nie wrzuca co kilka sekund scen w slow-motion, chociaż i tutaj ich nie brakuje. Wydaje mi się, że jego największym problemem jest to, że sam nie wie, kiedy ma skończyć scenę, zamiast tego niemiłosiernie ją wydłuża. Dla przykładu, w filmie jest moment, w którym jedna z bohaterek zostaje zaatakowana przez templariuszy. Zamiast od razu uciec przez okno (obok którego stoi) ta krzyczy niemiłosiernie przez 5 minut, po czym nagle orientuje się, że przecież może wyjść z domu. Nie zrozumcie mnie źle, film ogląda się (o dziwo) dobrze, jednak osobom niezaznajomionym z wcześniejszą twórczością Ossorio takie zabiegi mogą dać się we znaki.

Jeżeli chodzi o aktorów, to nie spodziewajcie się tutaj wiekopomnych wystąpień. Na pewno na tle wszystkich wyróżnia się główny bohater grany przez Tony’ego Kendalla, który wciela się w rolę stereotypowego badassa, oprócz niego warto zwrócić uwagę na Esperanze Roy. Gra ona nieszczęśliwą żonę burmistrza wioski, która po latach spotyka swoją dawną miłość – Jack’a (Tony Kendall) i muszę przyznać, że udało im się stworzyć jakąś chemię, a ich wątek całkiem dobrze wpisuje się w całą opowieść. Oprócz aktorów warto zwrócić uwagę na zdjęcia, które również wypadają zaskakująco dobrze. Miguel Fernández Mila bawi się całą konwencją, wrzucając co jakiś czas naprawdę ciekawe ujęcia. Co do muzyki jest bardzo klimatyczna i w zasadzie nie można się do niej przyczepić, za co brawa dla Pana Antóna García Abrili.

Powrót ślepej śmierci to niewątpliwie jedno z najlepszych dzieł Pana Ossorio, który w przebłysku geniuszu stworzył z pozoru poważny horror, który tak naprawdę jest genialną komedią do obejrzenia razem ze znajomymi. Nie ma tu miejsca na nudę, a wszystkie zabiegi estetyczne pokroju zdjęć galopujących templariuszy przez puste pole, będą wywoływały salwy śmiechu, a co najmniej uśmiech politowania. Solidne b-klasowe kino, przeznaczone, nie tylko dla fanów gatunku, ale dla każdego, kto szuka taniej, kiczowatej i co najważniejsze, dobrej rozrywki. Serdecznie polecam!

Oryginalny tytuł:El ataque de los muertos sin ojos

Produkcja: Hiszpania, 1973

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *