Medea (1988)

Mało jest twórców, których cenię sobie tak bardzo, jak Larsa von Triera. To gość, którego podejście do kina, i sztuki w ogóle, bardzo mi pasuje. Sam lubię myśleć o nim, jako o takim ironicznym prowokatorze, swoistym trollu światowej kinematografii. A wiadomo, gdzie trollowanie, prowokacja i sensacja, tam czuję się jak ryba w wodzie!

Dlatego też z wypiekami na twarzy odhaczam sobie jego kolejne tytuły i każdy z nich zostawia mnie z mniejszym lub większym poczuciem spełnienia. Nie inaczej jest w przypadku nakręconej w 1988 roku Medei, produkcji, w której von Trier po swojemu opowiada o tytułowej kobiecie, najsłynniejszej bohaterce spod pióra Eurypidesa i żonie mitycznego Jazona. Historia przedstawiona dzieje się jednak po wyprawie po Złote Runo, a bezgraniczna miłość kobiety do herosa przekuta tutaj zostaje w okrutną zemstę.

Jeśli ciekawi Was, jak wygląda antyczny dramat czy film spod znaku miecza i sandałów nakręcony przez późniejszego twórcę Melancholii (2011), to znajdziecie tutaj wszystkie odpowiedzi. Od samego początku, w którym widzimy odzianą w czerń kobietę leżącą na plaży, wiemy, że nie będzie to kino łatwe i przyjemne w odbiorze. Kiedy przypływ zdaje się zabrać ją ze sobą, tajemnicza postać wstaje, a z cumującego okrętu słyszymy, że ktoś krzyczy jej imię. Tak właśnie rozpoczyna się historia Medei Larsa von Triera.

Jest to zaledwie trzeci, pełnometrażowy film Duńczyka nakręcony specjalnie dla krajowej telewizji. I co bardziej wrażliwych widzów może uderzyć szok, że ktoś wyłożył na to dzieło państwowe pieniądze! Bo reżyser nie bierze jeńców, portretując swoją bohaterkę wręcz jako potwora w ludzkiej skórze. Nie chcę wchodzić za bardzo w spoilery, by nie osłabić mocy, jaką niesie ze sobą obraz, ale scena z dziećmi zostanie mi już chyba w głowie na zawsze. Czy był to prowokacyjnych ruch na wzór późniejszego Domu, który zbudował Jack (2018)? Nie wiem, ale von Trier się z nami nie pierdoli.

Ogólnie z filmu bije bardzo ponura, posępna i mroczna atmosfera. Za sprawą ograniczonych środków Lars wzorem Mario Bavy musiał kombinować na planie, bawić się ustawieniem kamer, perspektywą i kolorowymi filtrami. Całość została nagrana na taśmie analogowej, więc plastyka filmu zbliża go nieco do obrazu malowanego na płótnie olejną farbą. Zwłaszcza że wiele pejzaży czy kadrów pretenduje tutaj do miana dzieła sztuki.

Opowieści historyczne, zwłaszcza te z okresu starożytnej Grecji czy Rzymu, mają przypisaną łatkę wielkich i epickich widowisk. Zamknięta w skromną, artystyczną formę Medea to dzieło równie imponujące, choć jest to raczej wysokich lotów teatr telewizji ze wspaniałą scenografią i wyśmienitą grą aktorską, niż seans nakręconych za amerykańskie dolary na włoskiej ziemi kolejnych przygód Herkulesa.

Oczywiście, nie powiem o Medei jako o największym dokonaniu reżysera, choć sam film zgarnął trochę nagród, w tym poza granicami ojczystego kraju. To jednak idealny dowód na to, że serce von Triera bije dla kina równie mocno, co Nicolas Winding Refn – ten drugi naprawdę spoliczkował kiedyś tego pierwszego! To raczej doświadczenie, coś, co najlepiej chłonie się w samotności, w ciemnym pokoju i daje czas na przeprawę przez nasze wszystkie zwoje. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was, byście spróbowali przeżyć to samemu.

Oryginalny tytuł: Medea

Produkcja: Dania, 1988

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *