WandaVision (2021-)

No i otrzymaliśmy pierwszy – bo nie wiem dalej, jak sprawa ma się z Agentką Carter (2015-16) – oficjalny serial będący częścią skrupulatnie budowanego od 2008 roku Marvel Cinematic Univierse. A jako że sam od Avengers: Czas Ultrona (2015) z wywalonym językiem latam do kina na każdy film kolorowych trykociarzy, nie mogłem nie ominąć cotygodniowego seansu WandaVision.

Nie powiem, że obdarzona magicznymi mocami Wanda i jej symbiotyczny kochanek Vision należy do grona moich ulubionych postaci. I po seansie omawianego tutaj serialu sytuacja ta nie ulega większej zmianie! Być może to wina moich zbyt wygórowanych oczekiwań względem produkcji ze stajni Marvela, a może już jestem na to po prostu za stary?

A szkoda, bo pomysł na serial twórcy mieli naprawdę bardzo dobry. To chyba najbardziej pomysłowe i oryginalne spojrzenie na superbohaterski etos, jaki kino i telewizja zaoferowały nam od czasu genialnego Spider Man Uniwersum (2018). Wiwisekcja traum oprawiona w chronologiczną rozprawkę na temat amerykańskiej telewizji na przestrzeni kilku dekad brzmi kusząco.

I w rzeczywistości większość odcinków to naprawdę wyśmienity kawał mądrze poprowadzonej rozrywki. Nie będę oczywiście wchodził w jakieś spoilery, jednak poszczególne epizody jak te inspirowane Zwariowanym światem Malcolma (2000-06) czy Biurem (2005-13) sprawiły, że moje zgorzkniałe serce wypełniło się przyjemną, ciepłą falą nostalgii.

Na całe szczęście jednak WandaVision to nie tylko kolejne odhaczanie serialowych tropów, ale przede wszystkim historia próbującej pogodzić się z utratą Wandą. I ten główny wątek poprowadzony jest tutaj wręcz mistrzowsko! Aż dziw bierze, jak wiele małych niuansów twórcy powciskali w każdy, pierwszo i drugoplanowy zakamarek. Naprawdę, czytanie o nich czy wyszukiwanie ich na własną rękę stanowi wielką wygraną marvelowskiego serialu.

Oczywiście, nie jest to materiał, który można puszczać aspirującym terapeutom na zajęciach z psychologii. To wciąż ten sam trykociarski vibe, jaki unosi się nad resztą produkcji z tego kolorowego parku rozrywki. Mimo wszystko jednak pod względem dojrzałości postawiłbym WandęVision tuż za Zimowym Żołnierzem (2014) oraz Wojną bohaterów (2016).

Gdzieś obok mamy również całą masę dowcipów (szczególnie fantastyczny meta-żart z wykorzystaniem Evana Petersa) i genezę kolejnej superbohaterki gotowej wskoczyć do panteonu reszty postaci. Co jakiś czas na ekran wyłażą wątki jakichś agencji rządowych, chciwych biurokratów i śmieszkujących jajogłowych. Ale te zupełnie nie przeszkadzają w odbiorze, gdyż są tak nijakie, że nasza pamięć niczym za pstryknięciem rękawicy Thanosa kasuje ich egzystencje.

I mógłbym dalej rozwodzić się nad tym, jak miło i przyjemnie mijało mi oglądanie kolejnych odcinków tej historii. Na przeszkodzie stoi jednak nieszczęśliwy finał całej sagi, który wszystkie wątki tak dobrze prowadzone przez siedem epizodów sprowadza do wielkiej nawalanki się w powietrzu. Ba! Całość jest tak kliszowa, że mamy tutaj nawet ikoniczny promień energii wystrzeliwany w niebo!

Co ja Wam będę dalej gadał, WandaVision to najważniejsze serialowe (i może popkulturowe) wydarzenie pierwszej ćwiartki roku 2021. Produkcja ta nie zaskoczy niczym komiksowych i filmowych wyjadaczy, jest prosta, niewnosząca aż tak wiele do pojemnego uniwersum Marvela, ale przyjemna w odbiorze niczym wykalkulowany na bycie smacznym nowy Monsterek. Ale uważajcie jednak, po siedmiu łykach kolorowego energetyka ten ósmy może Wam się odbić czkawką!

Oryginalny tytuł: WandaVision

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *