Dolina przemocy (2016)

Dla wielu niedzielnych kinomanów western to taki relikt przeszłości, który umarł śmiercią naturalną dekady temu. Pewnie niejeden stwierdzi nawet, że wraz z wejściem w nowe tysiąclecie nie powstał żaden nowy film o amerykańskim pograniczu – serio, znam takich ludzi! Na ich nieszczęście takie obrazy dalej powstają, na nasze szczęście, zazwyczaj są co najmniej interesujące.

Ti West – jakże ładnie komponuje się tutaj to naziwsko! – to gość znany głównie z niezależnych horrorów, na których polu zyskał sobie nie lada uznanie. Obrazy takie jak Następny jesteś Ty (2011) czy Dom diabła (2009) umiejętnie łączyły oldskulową estetykę ze świeżym spojrzeniem kreatywnego twórcy. Dlatego też naturalnym wydaje się, że western w rękach takiego gościa to solidny kawał kina!

I naturalnie Dolina przemocy wchodzi równie gładko, co nóż jednego z lokalnych watażków w ciało psa należącego do głównego bohatera. Kino nauczyło nas wielu rządzących w jego ramach schematów i konwencji, a jedną z nich jest to, że życie zwierzęcia dla samotnego bohatera stawiane jest ponad wszystko inne. To również skuteczny, aczkolwiek bolesny sposób na emocjonalne zaciśnięcie więzi pomiędzy widownią a postacią na ekranie.

Fabuła filmu Westa jest prosta i nawiązuje do tradycji zarówno westernu klasycznego, jak i europejskiego spaghetti westernu. Targany przez demony przeszłości były żołnierz konfederatów o twarzy Ethana Hawka, próbuje uciec do Meksyku. Po drodze zmuszony jest zawitać do pewnego małego miasteczka, w którym popada w konflikt z lokalnymi bandziorami. Ci w ramach zemsty mordują jego pupila, a samego bohatera rzucają w przepaść. Ten oczywiście uchodzi z życiem i niczym duch zemsty krąży po mieście, mordując po kolei winowajców.

Łatwo tutaj znaleźć fabularny łącznik ze świetnym, aczkolwiek zapomnianym już Django il bastardo (1969) Sergio Garrone. A przynajmniej ja widziałem podobieństwo w kreacji bohatera na mściwego demona, który nawiedza miasteczko i niczym iluzoryczny fantom niesie śmierć tym, którzy na nią zasłużyli. Ethan Hawk w roli takiego bezwzględnego rewolwerowca sprawuje się naprawdę nieźle, a jego emploi czyni go naturalnym kowbojem.

Podobnie sytuacja ma się z resztą obsady, zwłaszcza psychopatyczny James Ransone i jego filmowy ojciec John Travolta dają warty uwagi popis. Choć scenariusz Westa nie za bardzo pozwala im na rodzinne interakcje, to wszystkie chwile, kiedy widzimy ich na ekranie razem, stanowią o wartości Doliny przemocy. To zdecydowanie film mały, ale zebrał na planie świetną ekipę. Tak samo sprawa ma się z muzyką, zdjęciami i scenografią, ba, nawet czołówka filmu jest tak piękna, że wracam do niej średnio raz w tygodniu!

W tych opuszczonych, ekonomicznie wyjałowionych pejzażach kryje się jakaś smutna prawda o współczesnej prowincji USA. Trudno mi jednak mówić tutaj więcej, skoro realia te znam tylko z brutalnych doniesień medialnych obfitujących w strzelaniny mających dostęp do broni szaleńców. W ostatnim akcie, po obowiązkowej strzelaninie na głównej ulicy, do miasta wkracza zmiana – tak potrzebna i odmieniająca tych tkwiących w marazmie ludzi.

Jednak to, co sprawia w Dolinie przemocy najwięcej frajdy, to gatunkowa zabawa Ti Westa. Film lśni zarówno wtedy, kiedy twórca szarżuje z gatunkowymi tropami, jak i podczas krwistych scen morderstw nakręconych w hołdzie slasherom. Oczywiście, finalnie to forma faworyzowana jest ponad treść, ale co z tego, skoro jest to film tak romantycznie i z sukcesem filtrujący konwencjami.

Oryginalny tytuł: In Valley of Violence

Produkcja: USA, 2016

Dystrybucja w Polsce: canalplus.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *