Mortal Kombat (2021)

Seria Mortal Kombat to jedyna bijatyka, która chyba zagarnęła sobie największy kawałek mojego życia. Pamiętam ją z amigi, pamiętam z automatów w nadmorskich kurortach, z emulatora na komputerze i w końcu z ostatnich posiadówek zakrapianych alkoholem przy nowszej generacji konsoli. Nigdy jednak nie zaprzątałem sobie głowy historią, jaka opowiadana była na przestrzeni wielu odcinków serii, skupiając się raczej na tym, jak najszybciej pozbawić głowy postać mojego podpitego kolegi obok.

Dlatego też z materiałów promocyjnych nowego filmu będącego ekranizacją szalenie popularnej bijatyki trafiały do mnie tylko nazwiska bohaterów. Scorpion, Sub-Zero czy Goro to oczywiście persony mi dobrze znane, ale czy stały za nimi jakieś motywacje? To nigdy nie było dla mnie szczególnie ważne, dlatego też do samego nakręconego przez Simon McQuoid Mortal Kombat A.D. 2021 zasiadłem jak do innego dzieła tej franczyzy – z piwem i kumplem u boku.

I myślę, że lekkie odurzenie się alkoholem i komentowanie wszystkiego ze znajomym wpłynęło w znacznym stopniu na odbiór tego filmu! Bo cholera, podobał mi się! Wiem, większość poważnych recenzentów zarzuca mu miałką fabułę i zbytnie skupienie się na byciu „fajnym”, ale cholera, to przecież film na podstawie bijatyki z epoki automatów do gier. Jest ona oczywiście pretekstowa i ogranicza się do kolejno postępujących po sobie scen okładania się do krwi na mniej lub bardziej ciekawych arenach.

Naprawdę, krwawa jatka z prologu przechodzi jednym cięciem w bójkę na zasadach MMA w jakiejś podrzędnej klatce. Później dostajemy garść informacji o odwiecznym turnieju, tytułowym Mortal Kombat, by następnie do akcji wkroczył zamrażający wszystko Sub-Zero i znów napierdalał się z kolejnymi wojownikami. Cała historia ogólnie skonstruowana jest tak, że może stanowić bazę dla niezliczonej ilości spin-offów czy genez konkretnych postaci. I fajnie.

Bo Mortal Kombat to po prostu wyjątkowo brutalna bijatyka i w tej roli spełnia się, przynajmniej dla mnie, super. A mówiąc o brutalności, mam na myśli sceny wyciągnięte rodem z gry komputerowej! O fatality Jaxa mówiono już przed premierą filmu, a jest ono kurewsko krwawe, jednak film oferuje nam jeszcze kilka równie mocnych sekwencji. Liczyłem jednak no to, że wielki książę Goro pozamiata kogoś swoimi czterema łapami, a tak dostajemy scenę walki niczym z przerywnika filmowego World of Warcraft.

Ogólnie film ogląda się jak posklejane przerywniki z którejś z części gry lub jak nakręcony prosto na rynek DVD produkt bazujący na znanej marce. Dlatego też fabularne archaizmy, niekiedy rażące w oczy niedociągnięcia w scenografii czy efektach specjalnych, a szczególnie marna gra aktorska to rzeczy, które należy przełknąć podczas seansu. Mi to osobiście nie przeszkadzało, bo odmóżdżyłem się przy nim tak, jakby właśnie swoje fatality wykonał na mnie Johny Cage!

Fajnie też nad całym filmem unosi się cień Jamesa Wana, który występuje tutaj w roli producenta. Horrorowe naleciałości są wyczuwalne gołym okiem! Pojawienie się Sub-Zero, Goro czy scena w zamrożonym magazynie to rzeczy, które są wręcz schematami wyciętymi z kina grozy. Mam nadzieję, że w przyszłych filmach twórcy odważą się dać nam tego więcej, kto wie, możemy dostaniemy film o Reptilu, w całości nakręcony w tej konwencji?

Nie słuchajcie więc i nie czytajcie tych wszystkich negatywnych recenzji, najlepiej sami spróbujcie poświęcić czas na nowy Mortal Kombat. Ja przynajmniej bawiłem się świetnie, choć też moje oczekiwania wobec niego były nijakie, a mój łeb był nieco bardziej otwarty na chłonięcie głupoty, kiedy odstawiłem na stolik trzecią pustą puszkę piwa. W sumie i tak nie mamy zbyt dużego pola do popisu w kwestii kinowych nowości, dlatego tez zachęcam do seansu!

Oryginalny tytuł: Mortal Kombat

Produkcja: Kanada/USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *