Wet Hot American Summer (2001)

Stereotypowy wypad amerykańskiej młodzieży lat 80. na leśny obóz to dla mnie zawsze sprawdzony schemat na film. Piątek 13-tego (1980), Podpalenie (1981) czy Madman (1981) to jedne z moich ulubionych slasherów! Jednak lekko zmęczony ciągłą rzezią na nieroztropnych dzieciakach zapragnąłem w końcu spojrzeć na wakacje z nieco innej perspektywy.

A katalog letnich komedii jest naprawdę bogaty i żeby nie wybiegać za daleko, mogłem przecież sięgnąć po szalenie popularną serię American Pie. Coś tchnęło mnie jednak w stronę nakręconego w 2021 roku, niszowego filmu Wet Hot American Summer, wydawał mi się bliższy klimatem do takiego Uśpionego obozu (1983) niż Eurotripa (2004).

Historia ukazuje nam ostatni dzień letniego obozu dla dzieciaków, a właściwie skupia się na opiekunach i kadrze obsługującej camping. Składają się na nią buzujące od testosteronu osiłki, typowe nerdy, ładne dziewczęta i… weteran z Wietnamu robiący na kuchni. Przeżywają oni miłosne wzloty i upadki, choć tak wszystkim zależy na tym, by zaliczyć „numerek” przed końcem turnusu.

Gdzieś obok jest oczywiście ćpanie, picie i wychodzące na wierzch problemy rodzinne, a nad całością unosi się klimat MTV lat 90. W sumie twórcy filmu, David Wain i Michael Showalter, zrobili kiedyś dla Telewizji Muzycznej serial The State (1993-95). Wet Hot American Summer może robić za taką pigułę wypchaną stereotypami na temat letnich obozów, przerysowaną, głupią i, w moim przypadku, naprawdę ciężką do przełknięcia – a seans zaliczyłem w oparach słodkiego dymu!

Cholera, jakże się na tym filmie wynudziłem i wkurzyłem jednocześnie! W zasadzie z żadnym z bohaterów nie można się utożsamić, ponieważ cechą charakteru każdego z nich jest stereotyp go określający. Mamy noszącego jeans bad-boy’a o twarzy Paula Rudda, nerda w okularach i spodenkami podciągniętymi po pachy czy nieco okrąglejszego gościa, którego cały dramat opowieści skupia się na tym, że nie zdążył na umówione ruchanie. Żeńska część obsady również nie prezentuje się lepiej, ale o tym już nie będę się rozwodzić, bo musiałbym użyć dość brzydkich określeń.

Można zatem spokojnie rzec, że jacy bohaterowie, taki humor. A ten kręci się wokół ruchania, nerdów, otyłych, ruchania, przemądrzałych dzieciaków, ćpania, ruchania i… ruchania. Tak naprawdę oprócz kilku scen w obozowej kuchni wszystkie żarty wprowadzają nas w ten nieprzyjemny stan zażenowania. Subtelność to dla twórców językowa abstrakcja, ale czego się spodziewać po ludziach, którzy współtworzyli w jakimś stopniu najbardziej krzykliwy kanał telewizyjny?

Jedyną wartością Wet Hot American Summer jest to, jak dobrze oddaje on na płaszczyźnie scenografii, ubioru, kolorystyki i muzyki lata 80. Być może 2001 rok nie był aż tak podatny na grunt jarania się popowo-nostalgiczną estetyką szalonej dekady, dlatego też po latach Netflix wrócił do filmu kręcąc jakieś dziwne seriale i kontynuacje. Serio, powstał prequel z tymi samymi aktorami… starszymi o 10 lat!

Jeśli więc nie musicie, nie sięgajcie po omawiany przeze mnie film, naprawdę. Lepiej samemu wynająć domek nad jeziorem, tam się naćpać, nachlać i może spędzić chwile uniesienia z kimś bliskim. A jeśli będzie to wypad większej ekipy, to Wet Hot American Summer możecie sobie puścić gdzieś w tle i popatrzyć na niego jednym okiem podczas podnoszenia kieliszka czy zaciąganiu się gibonem. To nie jest dzieło, które może być wstępem do rozważań na temat popkulutry, dużo lepiej sprawdzi się w tym którakolwiek z części wspomnianego na początku Piątku 13-tego.

Oryginalny tytuł: Wet Hot American Summer

Produkcja: USA, 2001

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *