Rituals (1977)

Niewiele jest filmów, których seans przeżyłem równie mocno, jak właśnie opisywane tutaj Rituals Petera Cartera. Zanim jednak udało mi się zdobyć owo dzieło, a przypominam, że było to w czasach, kiedy nawet torrenty były w totalnym undergroundzie, z wypiekami na twarzy czytałem o nim nieliczne, polskojęzyczne recenzje. Wszystkie jak jeden mąż obwieszczały film arcydziełem gatunku, zapomnianą perłą kina grozy czy survivialem idealnym.

Kiedy już na moim komputerze znalazł się plik z filmem, z euforią wyczekiwałem odpowiedniego momentu, by go w końcu zobaczyć. Jednak napięcie, jakie towarzyszyło oczekiwaniu, poszybowało ponad sufit, gdy już zasiadłem do seansu i przepadłem w bezkresie kanadyjskiej puszczy. Oczywiście, film był tą pociętą wersją w naprawdę kiepskiej jakości, dopiero wiele lat później nabyłem prawilną kopię UNCUT HD. Do której zresztą wracam od czasu do czasu.

Niestety, Rituals niesłusznie skończyło na stosie filmów zapomnianych, z garstką naprawdę oddanych fanów, którzy darzą dzieło Cartera bezgraniczną miłością. Jest to spowodowane zapewne faktem, że wielu widzów mimochodem zlekceważyło film, biorąc go za kolejną kanadyjską podróbkę genialnego Uwolnienia (1972) Johna Boormana, taką, jaką było bądź co bądź solidne Trapped (1982). W końcu przedstawiona historia na pierwszy rzut jest praktycznie identyczna, a leśna sceneria z mocno zaakcentowanymi ciekami wodnymi nie pomaga w „rozklejeniu” tych dwóch wielkich filmów.

Swoje trzy grosze dołożyła również niechęć krytyków do kanadyjskiego kina gatunkowego w drugiej połowie lat 70. Wielu z recenzentów murem stanęło za cenionym dziennikarzem Robertem Fulfordem, który rozpalił debatę publiczną na temat finansowania przez państwo filmów niezależnych. A wszystko to przez mający premierę w 1975 roku film Dreszcze Davida Cronenberga. Rituals miało więc przeciwko sobie zarówno zarzucających mu plagiat widzów, jak i nieprzychylne pióra pismaków.

Bohaterowie spoglądają z góry na miejsce akcji filmu – puszczę w Ontario zwaną przez Indian „Księżycowym Kotłem”

Piątka dojrzałych lekarzy rusza na pieszą wędrówkę przez gęsty las położony gdzieś w kanadyjskiej prowincji Ontario. Na miejsce przybywają hydroplanem lądującym na jednym z wielkich, zatopionych w zielonej gęstwinie jezior. Biwak w dziczy jest ich corocznym rytuałem budowania więzi i przyjaźni, a także forma relaksu i rozładowania stresu związanego z ich zawodem. Po krótkim postoju w zlokalizowanej nad wodą placówce – przypominającej ostatnią przystań przed jądrem ciemności – nasi bohaterowie przekraczają symboliczną bramę lasu. Sam pilot, z którym lecieli mężczyźni, żegna lekarzy słowami „rzeka jest pośrodku Księżycowego Kotła, a Księżycowy Kocioł jest pośrodku niczego!”.

Symboliczną okazuje się również scena, kiedy cała piątka staje na skale, pozując do wspólnego zdjęcia. Mężczyźni krzyczą w stronę rozległej doliny, a odpowiada im tylko głuche echo. W tym momencie utwierdzają się w przekonaniu, że są zupełnie sami na tym niegościnnym terenie, jednak naprawdę dali mocny sygnał komuś, kto je zamieszkuje, że właśnie przybyli intruzi. To kraina dziewicza, nietknięta ingerencją człowieka, mająca mityczną wręcz genezę.

Harry (Hal Holbrook), Mitzi (Lawrence Dane), Abel (Ken James), Martin (Robin Gammell) i jego brat DJ (Gary Reineke) znajdują w końcu dobre miejsce na rozbicie obozowiska i spędzenie wieczoru na kilku piwach i pogadankach o życiu przy strzelającym ognisku. Kiedy nadchodzi poranek, mężczyźni orientują się, że w nocy ktoś podszedł do namiotu i kiedy oni toczyli dyskusję o swojej przeszłości w wojsku, ukradł im buty, zostawiając tylko jedną parę oraz odciętą głowę jelenia – oczywiste ostrzeżenie przed dalszą drogą.

Sam makabryczny totem składa się z głowy jelenia umocowanej na drążku, który owinięty jest martwym wężem. Jest to oczywiste nawiązanie do węża eskulapa, międzynarodowego symbolu medyków. Ten znak naprowadza widza na dwa tropy. Po pierwsze tajemniczy prześladowca jest świadomy profesji wykonywanej przez bohaterów, nie jest tylko żyjącym w lesie dzikusem. Po drugie drastyczne ostrzeżenie mówi o tym, że nie cofnie się przed niczym, by zatrzymać naruszających jego ostoję lekarzy, być może ma do nich osobisty żal.

Taki poranek mocno zaczyna działać na niekorzyść grupy, która coraz bardziej zaczyna być targana wewnętrznymi konfliktami. Komu podarować ostatnią parę butów? Kto zawróci, a kto pójdzie naprzód? W końcu wybór pada na Dj-a, który samotnie wyrusza w powrotną drogę do ostatniego przysiółka cywilizacji, a reszta bohaterów ze stopami owiniętymi w szmaty rusza dalej przez las. Jednak po drodze czekają ich jeszcze bardziej niebezpieczne przeszkody.

Imponujący jest sposób, w jaki zarówno Carter, jak i operator René Verzier dawkują nam polującego na bohaterów napastnika. Co jakiś czas kamera dosłownie przyjmuje punkt widzenia myśliwego, który bacznie obserwuje poczynania lekarzy zza gęstych drzew. Innym razem majaczy on gdzieś hen na horyzoncie jako ciemna, pozbawiona wyrazistości postać-cień. Tak naprawdę przed kilkunastosekundową sceną w kulminacji, jego oblicze będzie nam dane zobaczyć tylko raz, jako odbicie na pomarszczonej tafli górskiego potoku.

Rituals błyszczy, bo zderza widza z nieprzeniknionym realizmem. Morderca nie wpada z maczetą w grupę swoich ofiar, pacyfikując je niczym Cropsey w pamiętnej scenie z Podpalenia (1981). Tutaj tajemniczy prześladowca stara się osłabić bohaterów, działa według skrupulatnie przemyślanego planu. Pozbawienie mężczyzn butów to jedno, ale w przygotowanej przeprawie rzecznej czekają ich jeszcze rozstawione sidła na niedźwiedzie. Potrafi on również korzystać z tego, co go otacza. W pewnym momencie nawet rozbija gniazdo pszczół, a rozjuszone insekty zmuszają jedną z ofiar do (dosłownie) ucieczki na złamanie karku!

Dlatego też kręcić głową mogą osoby, które od kina grozy wymagają rozlewu krwi na wzór pracy w obskurnej ubojni. Ale i tutaj Rituals nie ma powodu do wstydu, bo choć scen gore jest mało, robią naprawdę mocne wrażenie. Odcięta głowa zatknięta na kiju przeraża, jednak większe ciarki przysporzy nam reakcja postaci granej przez Holbrooka na makabryczne znalezisko. Krew również obficie poleje się w finale, kiedy główny bohater szukając schronienia w odosobnionej leśnej chacie, zmuszony zostaje do prowizorycznej operacji na pokiereszowanym ciele. I tak, wygląda to naprawdę makabrycznie.

Czasami film przypomina rasowe kino wojenne!

Dzieło Petera Cartera ma oczywiście zadatki na bycie rasowym slasherem, jednak sam wolę mówić o nim jako o horrorze „humanistycznym”, ukierunkowanym przez antywojenne przekonania twórcy. W końcu wrzucenie grupy bohaterów na nieznany, pełen zagrożeń teren przypomina jakąś dywersyjną misję na tyłach wroga. W pewnym momencie wraz z nimi trafiamy również na obszar, po którym szalał niegdyś ogromny pożar. Wydarta na zielonej i wilgotnej głuszy pustynia kojarzyć się może z obrazkiem po nalocie z użyciem napalmu. Ciekawym jest, że scenarzysta Ian Sutherland stworzył po części scenariusz Rituals w oparciu o zeznania i historie weteranów II Wojny Światowej.

Hal Holbrook w zielonej kamizelce, z czerwoną opaską na czole i twarzy umorusanej czarnym pyłem zbliża się do kreacji Charliego Sheena w słynnym Plutonie (1986) Olivera Stone’a. Jego celem jest nie tylko wydostanie się z zielonego piekła, ale również ocalenie swoich towarzyszy. Dlatego też przez większość filmów ciągnie on na prowizorycznych noszach rannego przyjaciela. Desperacka tułaczka obciążona konającym kolegą to również podstawa jego konfliktu z Mitzim. Stanowiący przeciwieństwo Harre’go mężczyzna to jego moralny oponent, jeszcze jeden wróg na polu walki.

Scenariusz również pełnymi wiadrami czerpie z emocjonalnej dojrzałości swoich bohaterów. To nie są głupie nastolatki, to faceci z przeszłością i twardymi zasadami – kolejny punkt wspólny z Boormanowski Uwolnieniem. Wybór nieco starszych aktorów nadaje filmowi nieoczekiwany poziom emocjonalnej głębi, prawdziwego zamętu, jaki wpływa na ich życie poprzez mniej lub bardziej rozsądne decyzje. Jak zawsze niezawodny Holbrook służy tutaj nieco jako kotwica ze zrównoważonym podejściem do strachu i przeciwności losu. Jego z początku stalowy spokój trzyma szybko rozpadającą się ekipę razem.

Z wyjątkiem postaci Holbrooka, który wspomina swój czas spędzony podczas wojny w Korei, nigdy nie dowiadujemy się, czy inni lekarze również są weteranami. Z wyjątkiem DJ-a, którego zamiłowanie do survivalu świadczy o widocznym czasie spędzonym w dziczy, reszta grupy wydaje się miękka, jeśli chodzi o przetrwanie. Nawet same wspominki Holbrooka z wojny przypominają raczej rzucony po pijaku  żart, a nie praktyczne doświadczenie z pola bitwy.

Poczucie zagubienia wspomaga również fantastyczna praca kamery

Szybkie zniknięcie DJ-a z miejsca kacji jest skutecznym wytrychem fabularnym, zapewniającym „czerwonego śledzia” niezbędnego do paraliżującego poczucia bijącej z filmu tajemnicy. Postać Martina (Gammell) jest gejem, ale jego orientacja nigdy nie jest zredukowana do puenty ani nie ma znaczenia dla innych mężczyzn. W związku z tym Rituals w subtelny, ale przemyślany sposób przyznaje się do tego, czego Boorman uniknął w swojej ekranowej adaptacji Wybawienia – męskości i homoseksualizmu, do których tak chętnie odnosił się James Dickey w literackim pierwowzorze.

W całej te powadze i patosie, którym przesiąknięty jest ten tekst, pokuszę się o żartobliwe nawiązanie do mroku spowijającego film. Zbiegiem jakiegoś dziwnego wypadku, oryginalna kopia filmu została uszkodzona w laboratorium przez nieostrożnych techników Pathé Studios, co spowodowało zmętnienie obrazu. Być może nie przeszkadzało to na kinowym ekranie, jednak domowy seans może być pod tym względem bardzo frustrujący. Film jest zwyczajnie bardzo ciemny, szczególnie w kulminacyjnym momencie. To niefortunne i bardziej niż trochę ironiczne, że dzieło artystyczne komentujące okropności bezmyślnej rzezi spotkałby podobny los. Na szczęście grupa zapaleńców ze Scorpion Releasing wydała coś, co można nazwać „wydaniem ostatecznym”, remasterując zarówno obraz, jak i dźwięk.

Uwaga, niżej znajdują się spoilery!

To właśnie w tych mrokach samotnej, leśnej chaty kryje się czarny charakter filmu – zdeformowany wewnątrz i na zewnątrz weteran, porzucony przez własny kraj i zmuszony do ukrycia swego żałosnego oblicza w głuszy. Konfrontacja twarzą w twarz jedynego ocalałego, Harry’ego, staje się dla niego ostateczną próbą moralności. Na szali waży się bowiem życie nie tylko głównego bohatera, ale również będącego z nim w konflikcie przyjaciela. I choć napięcie w tych kulminacyjnych scenach jest już wywindowane daleko ponad sufit, kończy się szybko, powiedziałbym, że błaho. W końcu nie mamy tutaj do czynienia z nieśmiertelnym mutantem, a zwyczajnym człowiekiem o aparycji bestii.

Po całym koszmarze, jaki wydarzył się w Księżycowym Kotle, Harry niczym powracający z frontu i targany makabrycznymi wspomnieniami żołnierz w końcu odnajduje dosłownie drogę do cywilizacji. Scena, w której nasz bohater siada wycieńczony na asfaltowej szosie działa na mnie jak emocjonalny granat. Twarz aktora wydaje się starsza o kilkanaście lat i wiele traumatycznych doświadczeń. W końcu odnalazł spokój, wyjedzie z dziczy, jednak my wiemy, że jej część pozostanie w nim na zawsze. A z nami już do końca pozostanie filozoficzne arcydzieło kina grozy, które językiem poety mówi nam o wszystkich mrokach naszej duszy.

Oryginalny tytuł: Rituals

Produkcja: Kanada/USA, 1977

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Źródła:

It’s Too Late for Prayers: Revisiting Rituals (1997), Chris Hallhock/

Cronenberg: Canadian Icon, David Blazer/

Rituals. Canuxploitation! Your Complete Guide to Canadian B-Film, Paul Corupe/

They Came from Within: A History of Canadian Horror Cinema, Caelum Vatnsdal

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *