Czarna Wdowa (2021)

A myślałem już, że Marvel nie zrobi narracyjno-stylistycznego kroku w tył, brnąc raczej w kosmiczno-magiczne drzwi otwarte przez takie produkcje jak Strażnicy Galaktyki (2014) czy Loki (2021-). Dla mnie era kręcenia filmów superbohaterskich w konwencji kolejnych popcornowych produkcji o Bondzie jest echem przeszłości. Ale co z tego, jak na Czarną Wdowę poleciałem z wywalonym jęzorem? Przecież to Marvel!

I oczywiście nie zawiodłem się, bo to wciąż ten świat, ta historia i ci bohaterowie. Czy był to film potrzebny? Nie wiem, nie dodaje on nic w zasadzie do wykreowanego przez Disneya uniwersum, ale jako jednostrzałowa rozrywka do kubła prażonej kukurydzy i wiadra coli zero nadaje się idealnie. Połasiłbym się nawet o określenie, że jest to jeden z najlepszych akcyjniaków tego post-pandemicznego lata.

Zaczynamy od bardziej kameralnej historii na wzór Atomic Blonde (2017), w której obserwujemy tytułową bohaterkę w samotnej walce przeciwko wielkim facetom. Jest stylowo, brutalnie, a choreografia walk robi naprawdę wielką robotę. Znów pokuszę się o stwierdzenie, że mordobicie zdecydowanie plasuje się w czołówce wszystkich filmów opartych na powieściach graficznych, a walka między Natashą a jej siostrą tylko to potwierdza.

Później to już widzimy trochę trykociarskiego hurra-burra, na czele z wprowadzeniem do uniwersum dwóch postaci o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Pierwszą jest oczywiście spadkobierczyni Czarnej Wdowy, Yelena Belova, w której rolę wciela się fantastyczna Florence Pugh. Jest to postać o tyle ciekawa, że mimo rodowodu zimnej zabójczyni jest naprawdę ciepła i sympatyczna. Jej siostrzana relacja z tytułową bohaterką to naprawdę coś, co chce się oglądać na ekranie. I szczerze szkoda, że prawdopodobnie nigdy już go więcej nie zobaczymy.

Drugim jest oczywiście wyczekiwany Red Guardian, w którego wcielił się gwiazdor serialu Stranger Things (2016-) David Harbour. I jest to główny comic relief filmu, dając tej bądź co bądź tragicznej historii tak niezbędny wentyl bezpieczeństwa. Do tego scena jego odbijania z radzieckiego gułagu jest do tego stopnia napakowana akcją, że mimo oczywistego jej finału, trzyma na brzegu fotela niczym ten potężny rosyjski superbohater właśnie.

Mi jednak najbardziej przypadło do gustu uczynienie z głównego przeciwnika (a raczej jego zbrojnego ramienia) czegoś na kształt Mokujina z serii bijatyk Tekken. Tyle frajdy sprawiało mi rozkminianie tego, kogo stylem walki właśnie posługuje się Taskmaster. A kiedy ten podczas jednej ze scen złożył ręce na klacie i wysunął z palców pazury, moje ciało przeszły ciarki – takie, jakie przechodzą mnie na każdym seansie filmu Marvela.

Najmocniej jednak mogę przyczepić się do samego przedstawienia Wdowy. Na przestrzeni lat MCU dało nam do zrozumienia, jak wiele krzywd wyrządziła bohaterce tajemnicza organizacja ze Wschodu. Tutaj jednak nie jest to do końca eksploatowane, a Natasza woli w tych bardziej dramatycznych momentach wpatrywać się w dal i skwitować to jedną linijką tekstu. Szkoda, bo gdyby pociągnąć charakter, z jakim film nas przywitał, mogłaby to być najmroczniejsza i najdojrzalsza produkcja Marvela.

Całą tę recenzję mogę jednak skwitować tekstem, że Czarna Wdowa to nie tyle pożegnanie Nataszy, ile wprowadzenie do uniwersum jej siostry. Film jest bardziej zaangażowany w jej historię i jej walkę, i to ona de facto wychodzi na pierwszy plan. Życzę jej oczywiście jak najdłuższej kariery w kinowym Marvelu, bo choć postać to raczej z tych mniej ciekawych, aktorka w nią się wcielająca jest naprawdę wartą sympatii osobą.

Oryginalny tytuł: Black Widow

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: disney.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *