Sweat (2020)

Powiem Wam szczerze, mimo że sport w moim życiu zajmuje ważną część, a ruch zdrowy jest nie tylko dlatego, że chudniemy, to internetowa moda na bycie fit zaczęła się u mnie wraz z filmikami Testovirona i umarła gdzieś razem z Parisem Platynovem. Dlatego też do tematu podjętego przez Magnusa von Horna w Sweat podchodziłem jak do czegoś, co stanowi dla mnie wielką nieznajomą.

Wiem natomiast, jak pulchnym gruntem pod współczesne dramaty może być influencerskie poletko. Popularne wśród mas, samotne w czterech kątach jednostki mierzące się ze wszystkimi minusami życia na piedestale. Dlatego też podczas seansu Sweat liczyłem na coś, co nie tylko uczłowieczy mi internetowe figury, ale postawi je w mocno życiowej sytuacji. I w sumie coś takiego właśnie dostałem.

Sylwię poznajemy u szczytu swojej popularności jako propagatorki fitness. Ma wszystko, o czym marzą inne kobiety – z pozoru oczywiście. Kiedy gaśnie przednia kamerka telefonu, Sylwia zostaje całkiem sama, wychodzi przed blok z pieskiem czy jeździ na rodzinne spotkania gdzieś na małomiasteczkowe blokowisko. Pragnie bliskości, pragnie miłości i tego, by ktoś pokochał ją za to, jaka jest naprawdę.

Brzmi to wszystko płytko i wyświechtanie? Takie właśnie jest Sweat! To film, który może stawać bez lęku w zawodach na to, który seans pozostawi najmniej w naszym życiu. Bo wszystko tutaj jest nam podane tak dosłownie i łopatologicznie, jak nagranie głównej bohaterki na Instagramie, w którym ze łzami w oczach wykłada na wierzch wszystko to, co stanowi o jej dramacie. A ten, uwierzcie mi, mimo starań scenariusza jest zupełnie nieangażujący.

Cały wątek prześladującego główną bohaterkę stalkera jest tutaj poprowadzony wręcz w komiczny sposób. Otyły, obleśny typ z widocznym upośledzeniem na tle psychicznym wygląda tutaj jak postać wyciągnięta z jakiegoś podrzędnego komedio-horroru. To w sumie ten motyw stanowi główną, w domyśle szokującą część składającej się na film układanki. No ale co z tego, jak zwyczajnie nie działa?

Bo najlepiej Sweat wypada wtedy, kiedy nie stara nam się mówić rzeczy według siebie ważnych, a poprostu pozwala przebywać ze swoimi bohaterami. Tak więc odwiedziny w domu rodzinnym Sylwii i wspólne biesiadowanie urodzin matki to najlepszy element całego widowiska. Oczywiście nie jest to nic niezwykłego, ale swojski klimat mieszkania w post-prlowskim bloku i picia wódeczki z wujkiem to zawsze coś, co ogląda się z nutką jakiejś wrodzonej nostalgii.

W tym całym miałkim, nijakim bagienku wybija się rola Magdaleny Koleśnik, którą wcześniej widziałem tylko… kiedy moja dziewczyna oglądała wznowiony serial BrzydUla (2020-21). Mimo że wiekowo może nie pasować do młodej, zajaranej siłownią dziewczyny, tak jej aparycja czy nawet rysy twarzy sprawiają, że pasuje do tej roli idealnie. Co prawda to tylko marionetka, bo kiedy trzeba z postaci tej wykrzesać jakieś emocje, to aktorka polega na całej linii. Przynajmniej (heh) jest na co „popatrzeć”.

I takie właśnie jest Sweat, bezpłciowe i zupełnie niepamiętne, będące definicją przeciętności kino, które nie ma szans pośród wielu swoich rówieśników. Nie pomogło zagraniczne nazwisko, nie pomogła opiekuńcza dłoń TVNu – finałowa sekwencja będąca w zasadzie wycinkiem śniadaniowej rozmowy owej stacji to już żenada na maxa! Naprawdę, nie warto tracić czasu na seans, gdyż jednyna mądra rzecz, jaka z niego płynie, to „zły trening to ten, który się nie odbył”. Idźcie na basen lepiej.

Oryginalny tytuł: Sweat

Produkcja: Polska/Szwecja, 2020

Dystrybucja w Polsce: gutekfilm.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.