Legion samobójców: The Suicide Squad (2021)

Filmy spod komiksowego znaku DC oglądam w zasadzie głównie po to, żeby wczuć się w rolę zarządu Marvela, tarzającego się ze śmiechu widząc te pokraczne „dzieła”. Od czasu Batman Forever (1995) Joela Schumachera nie otrzymaliśmy żadnego, godnego przeniesienia postaci z kart komiksów DC na ekran. Cień nadziei dał mi jednak James Gunn, kiedy zapowiedział, że bierze we własne ręce tonący statek, jakim był Legion samobójców (2016).

Dlatego też z kilkoma małymi, nieznaczącymi wyjątkami Legion samobójców A.D. 2021 odcina się zupełnie od wszystkiego tego, co wcześniej ustanowiono. W zasadzie film ten mógłby robić za retcon poprzedniego dzieła. Nie ma tutaj żadnej ciągłości fabularnej, a jedyną postacią, która niesie jakiś bagaż tego, co było, jest Harley Quinn. I w sumie to jedyna postać, która w praktycznie niezmienionej formie przeżyła w tym uniwersum do dziś!

Obok niej do samobójczej misji zostają wysłani władający wszelką bronią, uber-najemnik Bloodsport (Idris Elba), jego lustrzane, bardziej kolorowe odbicie Peacemaker (John Cena), dziewczyna kontrolująca szczury (Daniela Melchior) humanoidalny rekin (o głosie samego Sylvestra Stallone) oraz… strzelający kolorowymi kropkami Polka-Dot Man (David Dastmalchian). Gdzieś tam biega jeszcze zrecastowany Rick Flag, ale na tle tych dziwacznych postaci wygląda zupełnie nijako.

Misja polega na infiltracji kompleksu naukowego będącego w łapach chciwych władyków jednej z egzotycznych wysp. W środku wedle doniesień znajduje się gigantyczna rozgwiazda z kosmosu, która na wzór jednego z odcinków Rick i Morty (2013-), potrafi zamieniać ludzi w żyjącej w zbiorowej świadomości zombie. Brzmi sztampowo? I tak chyba miało być, bo Gunn widocznie czerpał tutaj z takich klasyków jak choćby Tylko dla orłów (1968).

Nie ma co się rozwodzić, nowy Legion samobójców idealnie sprawdza się jako jednorazowa rozrywka po ciężkim dniu. Postacie realnie da się polubić, o czym opowiem później, a ich wyczyny wyglądają na ekranie po prostu fajnie i efekciarsko. To chyba obok obrazoburczego Deadpoola (2016) najkrwawsze dzieło powstałe na podstawie superbohaterskiego komiksu. Wciąż jest to oczywiście w większości wygenerowana komputerowo krew i mięcho, ale po takiej Czarnej Wdowie (2021) jest to naprawdę powiew świeżości.

Reżyser się z nami nie patyczkuje i z gracją George’a R.R. Martina pozbawia życia postacie, których zgonu zupełnie się nie spodziewaliśmy. Zresztą bez zbędnych spoilerów, wielu widzów przyjemnie (lub nie) zaskoczy się na prologu filmu. Tak więc przywiązywanie się na dłużej do kogokolwiek snującego się na ekranie nie jest tutaj zbyt dobrym pomysłem.

A bohaterowie, jak już wspomniałem, to naprawdę sympatyczne typy! Zaskakujące jest to, że Gunn większość z nich wprowadza na ekran po raz pierwszy, a tak dobrze potrafi nakreślić nam ich charakter, motywacje czy różnorodne charaktery. Taki Polka-Dot Man w każdym innym filmie byłby tylko drugoplanową postacią do strojenia sobie żartów, tutaj nie dość, że jest kompetentną afirmacją traumy, to jeszcze przechodzi on tak fantastyczną drogę, że widz potrafi się z nim nawet utożsamić. Wszyscy tutaj są w pewnym stopniu złamani, nawet taki pół człowiek, pół rekin to postać na swój sposób tragiczna i cholernie smutna.

Na siłę można też doszukiwać się w Legionie samobójców krytyki amerykańskiego imperializmu, w końcu w trakcie filmu na wierzch wychodzą pewne zależności kraju Wuja Sama względem nieludzkich eksperymentów na (roz)gwiezdnym przybyszu. Sam film stanowi również całkiem dosadny komentarz na temat systemu więziennictwa oraz wykorzystywaniu więźniów przez władze. Stąd też w scenie otwarcia wita nas nie kto inny jak Johnny Cash i jego Folsom Prison Blues.

Wszystko to na papierze brzmi tak ładnie, szkoda tylko, że film jest typową „jednorazówką”, do której wracać będę niechętnie. Mimo sprytu, jaki charakteryzuje Gunna, danie mu aż tak wolnej ręki sprawiło, że film jest po prostu przeszarżowany. Wygląda to tak, jakby reżyser nie potrafił wyjść z klatki, jaką zbudował sobie na planie Strażników Galaktyki (2014) i zaczyna z niej coraz wulgarniej do nas krzyczeć. Tak, film jest krwawy, wulgarny a niektóre żarty doprowadzały mnie do wewnętrznego skrętu kiszek. Najgorzej jednak wypada to, że film poskładany jest z „fajnych” i pamiętnych scen czy dialogów, ale nijak nie idzie polepić tego w całość.

Dlatego też z ręką na sercu przyznam, że wciąż wolę ugrzecznionych Strażników Galaktyki! Najnowszy Legion samobójców nie uderza już z taką siłą, ponieważ wydaje się właśnie taką parodią filmów pokroju Avengers (2012), nakręconą co prawda przez sprawnego reżysera, ale w sercu będącego wyszczekanym nastolatkiem śmiejących się z żartów o kupie. Z drugiej strony nie żałuję kasy wydanej na bilet do kina, taki zastrzyk lekko przyswajalnej rozrywki raz na czas jest zdrowy dla naszego organizmu.

Oryginalny tytuł: The Suicide Squad

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: warnerbros.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.