Valdez przybywa (1971)

Lata 70. to wbrew pozorom dobry okres dla westernu. Z tych bardziej popularnych, z czystym sercem polecić mogę takie szlagiery jak Mściciel (1973), Jeremiah Johnson (1972), Muły siostry Sary (1970) czy kultową już Garść dynamitu (1971). Dlatego też do będącego pełnoprawnym debiutem Edwina Sherina Valdez przybywa zasiadłem ze względnym entuzjazmem. Patrząc na fabułę filmu, można dojść do wniosku, że bardziej jak z klasycznym, jankeskim westernem, ma on więcej wspólnego z jego włoską alternatywą. A wszystko to na malowniczym tle zniszczonej wojną Arizony! To właśnie po takim planie snuje się niebieskooki Burt Lancaster, katowany, torturowany i poniewierany na każdym kroku.

Naprawdę, scena, w której główny bohater przemierza spaloną słońcem pustynię z uwiązanym do swojego pokiereszowanego ciała krzyżem to nie dość, że wizualny majstersztyk, przywołuje jeszcze żywcem obrazy z takich filmów, jak Czas masakry (1966) Lucio Fulciego. Ale to szczerze mówiąc jeden z niewielu tak mocnych i charakterystycznych aspektów filmu!

Pod każdym innym względem, nie licząc fantastycznego i niejednoznacznego finału, jest to prosta historia zemsty. Co prawda pojawiają się tutaj motywy etnicznej różnorodności budujących współczesną Amerykę ludzi, cała sprawa toczy się o morderstwo czarnoskórego, wyzwolonego mężczyzny, to film tak naprawdę nie eksploatuje jakoś szczególnie tego wątku. A szkoda, bo mógł z tego wyjść naprawdę solidny, zaangażowany antywestern!

Jednak największą gwiazdą filmu jest bezapelacyjnie Lancaster. To on lśni tutaj w całej swej aktorskiej glorii i chwale, przyćmiewając swoją grą wszystkich innych łażących po planie aktorów. Sponiewierany stoik idealnie wpisuje się w westernowy archetyp milczącego twardziela. Cała reszta gra, bo gra, nie wychodząc poza kanon bandziorów czy kobiet w potrzebie zamieszkujących Pogranicze.

Obronną ręką wychodzą również popisy kaskaderskie. Te czasami wydają się aż zanadto przerysowane, a ich natężenie sprawia, że widz jeszcze bardziej oddala się od snutej historii. A ta jak wspomniałem, jest prosta i poprowadzona bez większej ambicji na bycie czymś więcej. Dlatego też z początkowego zafascynowania, Valdez przybywa szybko staje się tylko nudnym pokazem kolejnych wybryków dublerów.

Nie znam literackiego pierwowzoru Elmora Leonarda, na którym oparty jest scenariusz, ale wydaje mi się, że byłby on jeszcze nudniejszy bez tej ekstrawaganckiej kreacji Lancastera. Bo Valdez przybywa to nie jest film Edwina Sherina, a właśnie Burta. Pod każdym innym względem jest to poprawnie nakręcony western, z kilkoma pamiętnymi kadrami i scenami akcji. Ale cholera, mimo to ziewać zacząłem gdzieś w połowie! A to nie świadczy dobrze o dziele, które powstało w tym samym czasie co wspomniana wyżej Garść dynamitu Sergio Leone.

Oryginalny tytuł: Valdez Is Coming

Produkcja: USA, 1971

Dystrybucja w Polsce: cinemax.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *