D-Tox (2002)

Wśród moich znajomych nie jest tajemnicą, że jestem prawdopodobnie największym fanem Sylvestra Stallone po tej stronie globu, a gdyby istniała specjalizacja filmoznawcza zajmująca się jego fenomenem, to dziś mógłbym nazywać się dumnym studentem Stallonologii. Nie wiem, w czym tkwi sekret tego człowieka, może to tęsknota za przełomem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, których nigdy niedane mi było poznać, ale za każdym razem, kiedy widzę jego twarz na ekranie, czuje się jakbym widział tam swojego starego przyjaciela. Wszystkie filmy z jego udziałem, nieważne czy dobre, czy też złe, dają mi poczucie dobrze spędzonego czasu i po prostu świetnie się na nich bawię, a to chyba jest w tym wszystkim najważniejsze. Dlatego, kiedy natrafiłem na horror z jego udziałem, to mój poziom endorfiny w organizmie niemalże przekroczył poziom krytyczny. Wybaczcie mi ten przydługi wstęp, ale już przechodzę do konkretów.

Bohaterem dzisiejszej recenzji będzie D-Tox, opowiadający o seryjnym mordercy, który na swoje ofiary wybiera dzielnych stróżów prawa. Sprawę tego przemądrzałego gagatka prowadzi agent FBI Jake Malloy (w tej roli Sylvester Stallone). Niestety dla niego, przestępca lekko za nim nie przepada i w akcie zemsty, za ciągłe stąpanie po jego śladach, bestialsko morduje jego przyszłą żonę. Malloy, załamany stratą ukochanej topi swoje smutki w alkoholu, a kiedy to nie przynosi rezultatów, targa się na własne życie. Wtedy z pomocą przychodzi jego przełożony Hendricks, który wysyła swojego przyjaciela na tytułowy detoks, gdzieś daleko w górach. Jednak po przybyciu Jakea do ośrodka zaczyna się seria niewyjaśnionych morderstw.

D-Tox Jima Gillespie (Koszmar minionego lata (1997)) to slasher, który swoim początkiem przypomina połączenie jakiegoś marnego giallo z lat siedemdziesiątych z Siedem (1995) Davida Finchera. Co ciekawe, film sam w sobie miał być eksperymentem, który pozwoliłby Sylvestrowi  odbić się trochę od kina akcji i utorować mu drogę do grania w trochę innych produkcjach, niż te, do których przez lata zdążył nas przyzwyczaić. Dokładnie tak, jak to miało miejsce z Brucem Willisem w Szóstym zmyśle (1999). Niestety, projekt szybko został skazany na porażkę. Planowo film miał trafić na ekrany w okolicach przełomu roku 1999, a 2000, spod szyldu studia Universal, jednak po kiepskich pokazach testowych zdecydowano się zrezygnować z dystrybucji. D-Tox leżał więc sobie na kupce wstydu, kiedy to na horyzoncie pojawiło się inne studio – DEJ, które wykupiło prawa do filmu i zdecydowało się wypuścić go na rynek w 2002 roku, jednak pomimo budżetu (bagatela) 55 milionów dolarów nigdy nie trafił do kin. Stallone skomentował całą sytuację kilka lat później w wywiadzie dla serwisu Ain’t It Cool News:

„To bardzo proste, dlaczego D-TOX wylądował na półce. Film to bardzo delikatne stworzenie. Każda niekorzystna reklama lub wewnętrzne wstrząsy mogą zaburzyć postrzeganie i zaufanie studia. Z nieznanego powodu oryginalny producent wycofał się i od razu film uznano za uszkodzony. (…)Po ponad roku postanowiono dać mu drugą szansę. (…) Prezentował się dobrze, Ron Howard był zaangażowany w nadzorowanie postprodukcji… ale film „pachniał” śmiercią. Właściwie, jeśli spojrzałbyś w górę, zobaczyłbyś celuloidowe myszołowy krążące nad nami, gdy umieraliśmy na podłodze u dystrybutora. (…)” – Sylvester Stallone dla Ain’t It Cool News

D-Tox zarobił tylko 6,5 miliona dolarów, co nie stanowiło nawet 15 procent jego budżetu. Nie pomógł również fakt, że krytycy nie zostawili na dziele Gillespie suchej nitki i tak oto slasher z Stallonem przepadł gdzieś w otchłani.

Mija kilkanaście lat i tu pojawiam się ja, dzielnie przekopujący się przez kolejne produkcje Sly’a. Powiem szczerze, że po ponad dwudziestu latach film w moim odczuciu wcale się nie postarzał i dalej bardzo dobrze sprawdza się w roli lekkiego slashera. Klimat ośnieżonego ośrodka gdzieś w górach i wąskie grono bohaterów pozwala wytężyć swoje szare komórki w poszukiwaniu przestępcy. Oczywiście, nic nie jest takie, jakie się wydaje, a twórcy, żeby nie było tak łatwo, nieźle poradzili sobie z finalnym twistem. Mam jednak zastrzeżenie co do retrospekcji, którym reżyser miota na okrągło, tak jakby przeciętny widz nie potrafił skojarzyć ze sobą kilku faktów.

Aktorsko również nie można się do niczego przyczepić. Sly gra świetnie (jak zawsze z resztą), jego postać ma sporo pozostałości po Szeryfie Freddym Heflinie, z nakręconego kilka lat wcześniej „Copland”, co dobrze wpisuje się w całą historię. Jakeowi z łatwością można kibicować i razem z nim podążać śladami mordercy i powoli łączyć wszystkie kawałki układanki. Na dużą pochwałę zasługuję także niezwykle sympatyczny Charles S. Dutton w roli Hendricksa, który od czasu, do czasu zagości na ekranie i uraczy nas jakimś sytuacyjnym dowcipasem.

D-Tox zaskoczył mnie swoją lekkością i na pewno, na tę chwilę, pozostanie moim odkryciem miesiąca. Miło zobaczyć Sly’a w trochę innej roli. Jeżeli więc nie wiecie co obejrzeć dziś wieczorem albo szukacie jakiegoś lekkiego filmu, to serdecznie Wam go polecam, a kto wie, może i wy zostaniecie młodymi adeptami Stallonologii.

Oryginalny tytuł: D-Tox

Produkcja: Niemcy/USA, 2002

Dystrybucja w Polsce: United International Pictures Sp z o.o.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.