Świnia (2021)

Do Świni zasiadałem trochę z przekonaniem, że dostanę szalone kino zemsty z umorusanym krwią Nicolasem Cagem. Bo przecież reżyser i scenarzysta Michael Sarnoski mógł ugryźć temat porwania ważnej dla głównego bohatera „persony” na wiele różnych sposobów. Choć fabuła romansuje tutaj nie tylko z ikonicznym już Johnem Wickiem (2014), ale również z ukochanym przez miliony Podziemnym kręgiem (1999), to film okazuje się czymś zupełnie innym i niespodziewanym!

Cage wciela się w rolę Robina Felda, pustelnika, który żyje z i dla zbierania trufli ze swoją wierną świnią. Niegdyś ceniony szef kuchni w Portland, dziś na wpół zdziczały samotnik snujący się po gęstych lasach Oregonu. Jego jednym kontaktem ze światem są sporadyczne wizyty Amira (Alex Wolff), obrotnego dostawcy luksusowych składników do ekskluzywnych restauracji.

Tytułowa świnia jest czymś więcej niż tylko zwierzęciem domowym i źródłem dochodu, okazuje się prawdziwym towarzyszem Roba, a kiedy zostaje skradziona – w krótkiej, ale intensywnej sekwencji rabunku – determinacja, by ją odzyskać, jest napędzana nie zemstą, ale chęcią odzyskania prawdziwego związku. Ale spokojnie, nie spodziewajcie się tutaj żadnej seksualizacji przyjaźni człowieka i zwierzęcia!

To, co na wstępie i wyjęte z kontekstu brzmieć może nieco kuriozalnie, okazuje się zaskakująco ponure i konsekwentne do samego końca. Wielka w tym zasługa stonowanej gry Nicolasa, który nie szarżuje zbytnio, pozostając wyjątkowo zimną i wycofaną postacią do samego końca. Wtóruje mu również zaskakująco skromna obsada, składająca się w zasadzie z dwójki aktorów. Fascynujące jest, jak kolejno odkrywane są karty przeszłości Amira, która wydaje się nie mniej tragiczna niż ta głównego bohatera.

Naśmiewając się lekko z kuchni wyższej półki w filmie pojawiają się mocne, satyryczne ukąśliwości. Elektryzująca wymiana zdań między Robem a szefem kuchni, który zamiast pubu, który zawsze chciał prowadzić, otworzył wytworną restaurację, jest symbolem niechęci filmu do złej wiary i zadowolenia ludzi. W tych momentach Świnia okazuje się wyjątkową kolacją (heh) dla mózgu, której konsumpcja potrafi przyprawić o prawdziwe dreszcze.

To również historia ponurego półświatka Portland. Takiego, do którego dociera się przez świat smakoszy i wysokiej klasy kuchni, tak obecnej w wielu scenach kulinarnych. To świat zepsucia, upadłych wartości i niespełnionych marzeń. Czy dlatego Rob uciekł do lasu? W filmie jasno potępia on to, co widzi w mieście, ale przez całą historię mam więcej przesłanek, że do życia pustelnika popchnęło go coś zupełnie innego.

A mowa tutaj oczywiście o przenikliwych, demotywujących dialogach wypowiadanych przez głównego bohatera i ogólnego nastroju, jaki unosi się nad filmem. Wraz z postaciami coraz bardziej zanurzamy się w depresyjnym bagienku, by na koniec zostać emocjonalnie zdekapitowanym. Uwaga, spoiler! Naprawdę zaskoczeniem było dla mnie, że w finale tej opowieści nie mamy jakiegoś kameralnego pojedynku między dwoma mężczyznami, a sekwencję, w której trójka dorosłych facetów płacze wspólnie nad losem tytułowego zwierzaka.

Emocjonalne dokręcenie śruby w Świni wyszło zatem z piątką w dzienniku. Dawno już po żadnym filmie nie wpadłem w taką otchłań depresyjnej melancholii, tęsknoty za tym, co było i niepewności dnia jutrzejszego. Obraz ten nigdzie się nie śpieszy, pozwalając nam wraz z głównym bohaterem na krótkie momenty zadumy. Skuszę się nawet o stwierdzenie, że Sarnoski dał nam film opowiadający o naturze pamięci, która rezonować będzie z nami jeszcze na długo po seansie.

Oryginalny tytuł: Pig

Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2021

Dystrybucja w Polsce: player.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.