American Horror Stories (2021-)

Dla wielu fanów grozy serial American Horror Story powinien skończyć się już gdzieś w okolicach 2015 roku wraz z sezonem zatytułowanym Hotel. Ja natomiast należę do tej grupy odbiorców, którzy czerpią jakąś dziwną satysfakcję z oglądania kolejnych, dziwacznych przygód weteranów serii i oczekuję, że twórcy będą potrafili mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Dlatego też po udanym moim zdaniem 1984 (2019) i przed Double Feature (2021) chwyciłem za spin-off, American Horror Stories.

Składająca się z siedmiu odcinków odskocznia to typowa zapchajdziura i połechtanie jakiejś tam nostalgii do pierwszego sezonu. Trzy odcinki bowiem składają się na jedną historię osadzoną w feralnym, nawiedzonym domu na przedmieściach Los Angeles. I zatrzymajmy się tutaj na trochę dłużej, bowiem jest to coś, co skutecznie przekroczyło moje granice żenady, a zamiast frajdy sprawiło mi emocjonalny ból.

Krwawe love story pomiędzy dwoma dziewczynami o psychopatycznych skłonnościach jest tak mdłe i pretensjonalne, że aż zgrzytają zęby! Melodramat ustępuje dziwactwom pierwszego sezonu, fetyszyzując homoseksualny romans z mnóstwem lateksu w tle. Postacie są tutaj zwyczajnymi idiotami, którzy zupełnie nie przejmują się tym, jak los ich spotkał. Nikomu nie da się kibicować, a ja tylko czekałem, aż któraś z tych „alternatywek” wpadnie pod nóż kogoś, kogo pamiętamy z pierwotnego serialu. Ale co z tego, skoro w tym świecie śmierć jest czymś cool?

Na całe szczęście po dwóch odcinkach mamy już antologię wszelkiej maści historii grozy. Trzeci odcinek to eksploatacyjne podejście do tematu kina jako sztuki i brutalny wstęp do apokalipsy zombie. Nic nowego, nic odkrywczego, ale seans łyka się bez większej czkawki. Jest krwawo, głupkowato i miejscami obrzydliwe, jednak krótki format często wymusza tutaj pójście na skróty.

Jednak kolejne odcinki pokazują, że ich twórcy wcale nie musieli się dusić w krótkiej formie. Slasherowy, mocno inspirowany klasycznym Cicha noc, śmierci noc (1984) epizod The Naughty List jest do bólu wtórny i prosty, ale nakręcony jest w pomysłowej konwencji jakiegoś Jersey Shore (2009-2012) czy innego, popularnego na YouTube domu ekipy. A! W rolę psychopatycznego Mikołaja wciela się sam Danny Trejo.

Później mamy pulpową wariację Dziecka Rosemary (1968), z fantastycznie tandetnym finałem. To chyba drugi, najlepszy epizod serialu i miejsce, gdzie mogłem podziwiać jedną z moich ulubionych aktorek, Billie Lourd – prywatnie córkę Carrie Fisher. Jej zmagania z trudem wyczekiwanego macierzyństwa znów nie są niczym świeżym, ale podane są w lekkiej, przyjemnej dla oka i mózgu formule. Od takie trwające niecałą godzinkę, sztampowe kino grozy w pigułce.

Najlepsze jednak, co oferuje nam American Horror Stories to nowelka o wiele mówiącym tytule Feral. Klimat leśnego biwaku od razu wzbudził mój entuzjazm, a pojawiające się w napisach początkowych doniesienia o Wielkiej Stopie rozpaliły moje serce na dobre. Nie chce nic mówić więcej by nie psuć zabawy, ale jest to ten epizod, który zostanie mi w pamięci najdłużej. No i zdecydowanie jest to lepszy remake Drogi bez powrotu niż ta pożal się Boże wersja z 2021 roku.

Jednak oprócz tego jednego rodzynka American Horror Stories jest tylko zbędną dawką kalorii, którą spokojnie możemy sobie darować. To wciąż pełne fabularnych dziur i pokrętnej logiki serial, eksplorujący wszelkie rejony kina grozy. Nie jest to co prawda tak śmierdzący temat, jak choćby najsłabszy moim zdaniem Roanoke (2016), ale do innych, serialowych antologii grozy sporo mu brakuje. Lepiej poczekać na nadchodzący Double Feature i nie tracić czasu na półprodukty.

Oryginalny tytuł: American Horror Stories

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: hulu.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *