Kingdom: Ashin of the North (2021)

Dostępny na Netflix serial Kingdom (2018-) to jedno z moich największych, pozytywnych zaskoczeń życia. Wiem, że być może narażę się teraz wielu ludziom, ale uważam, że południowokoreański serial fantasy działa lepiej, niż podkręcana wszędzie Gra o tron (2011-2019)! Czy to zasługa egzotycznego miejsca akcji? Tak różniącej się od naszej kultury? Czy może takiej frapującej dziwności, która odznacza się mocno w azjatyckim kinie? Po części wszystkie te rzeczy składają się na sukces produkcji, dlatego też do odcinka specjalnego, a w zasadzie pełnometrażowego filmu, zasiadłem od razu, gdy tylko dowiedziałem się o jego premierze.

Historia przedstawiona kręci się wokół postaci tytułowej Ashin, kobiety, którą mogliśmy przez kilka sekund podziwiać w ostatnich scenach drugiego sezonu serialu. To właśnie tutaj zostaną nam przedstawione jej losy oraz to, co doprowadziło ją do tego konkretnego punktu i miejsca w historii uniwersum. Nie chcę zbytnio wchodzić w spoilery ani rozpisywać się o fabule, bo ta z początku zalewa nas masą encyklopedycznej wręcz wiedzy, by w drugiej połowie rzucić się w odmęty horroru i rasowego kina akcji z masą lejącej się wszędzie krwi. A zakończenie… to już trzeba zobaczyć samemu.

Oczywiście film w dość jasny sposób odnosi się do azjatyckiego feudalizmu, krytykując klasową hierarchię społeczną. Obrywa się tutaj głównie wierchuszce, która dla własnej uciechy sprowadza na wioskę głównej bohaterki krwawą zemstę. Fabuła w fajny sposób ma szansę na wykreowanie swojej heroiny w niejednoznaczny sposób i co zaskakujące, robi to. To nie jest postać, którą polubimy, ale twarde motywy pozwalają nam jej kibicować. Czy usprawiedliwa to jej sięgnięcie po zmieniający ludzi w zombie kwiat? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sami.

To dobry wstęp do tego, aby dać nam komiksowo przerysowanego antagonistę na sezon numer trzy. Co prawda zmiana głównej bohaterki jest raczej umowna i zdecydowanie zbyt szybka, ale to w końcu jest odprysk głównej serii, który ma na celu wprowadzić nas oraz przypomnieć o istnieniu Kingdom. Ja mogę mieć tylko zarzuty do początku, w którym skaczemy po rodach, miastach, wioskach i postaciach niczym we wspomnianej już przeze mnie Grze o tron. Naprawdę, w tym momencie można dostać niemałego zawrotu głowy! I to pomimo tego, że w intro dostajemy zbitą pigułę informacji dotyczących obecnej sytuacji geopolitycznej świata przedstawionego.

No ale przejdźmy do tego, co stanowi trzon dla wielu widzów – zombie. I mimo dość oszczędnego w żywe trupy początku i drugiej połowy, dostajemy fantastyczny, pełen akcji i krwi finał. Spokojnie jednak, film zaczyna się od sekwencji, w której widzimy genezę… tygrysa zombie! Uwierzcie mi, brzmi to na papierze dość kuriozalnie, jednak w kontekście całej historii działa fantastycznie. A napewno o niebo lepiej niż tak, jak zaprezentowano to nam w Armii umarłych (2021).

Sekwencja polowania na nieumarłego wielkiego kota to jedna z lepszych rzeczy, jakie widziałem ostatnio w filmach! Odpowiednio dawkująca napięcie i nierzucająca w nas od razu wygenerowanym w komputerze potworem scena robi wielkie wrażenie, zwłaszcza że całość odbywa się najpierw w pięknie kadrowanym lesie, by później przejść na porośniętą wysoką trawą równinę. Przywodzi to na myśl oczywiście pamiętną scenę z raptorami w Zaginiony świat: Jurassic Park (1997) połączoną trochę z Braterstwem wilków (2001). Ale to tylko moje, prywatne skojarzenia.

Być może ci, którzy oczekują hord zombie przelewających się przez koreańskie miasta, mogą czuć niedosyt. Finał choć intensywny, rozgrywany jest z bezpiecznej odległości i unikający pokazania początków epidemii w szerszym kontekście. Choć oczywiście mamy tutaj takie perełki, jak scena kładącego się spać w garnizonie wojaka. Podobało mi się również, że Ashin of the North zapowiada pełnoprawną apokalipsę, w końcu główna bohaterka prezentuje kwiat zmartwychwstania samemu cesarskiemu lekarzowi.

Dla kogo jest zatem omawiany przeze mnie film? Oczywiście dla fanów serialu! Pozostali widzowie mogą poczuć lekkie zamieszanie z powodu umowności pewnych wątków i pogubić się w skaczącej jak żaba fabule. Czy jest to produkcja potrzebna? Oczywiście, że tak! Teraz jeszcze bardziej czekam na to, co twórcy zaprezentują nam w głównym serialu oraz jaki mają plan na postać przedstawionej tutaj (anty)bohaterki. No i tym półtoragodzinnym widowiskiem Netflix załatwił sobie sprawę ukazywania retrospekcji w nadchodzącym sezonie. Ale jako osobny film trudno powiedzieć, że jest to produkcja w pełni udana.

Oryginalny tytuł: King-deom: A-sin-jeon

Produkcja: Korea Południowa, 2021

Dystrybucja w Polsce: Netflix

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *