Diuna (2021)

Na moje oko, a siedzę trochę w tej popkulturze, widownia spragniona była epickiego widowiska science-fiction, które byłoby nieco głębsze od tych wszystkich Gwiezdnych Wojen czy innych Strażników Galaktyki. Dlatego też ogłoszona kilka lat temu Diuna nakręcona przez polaryzującego opinię Denisa Villeneuve była właśnie tą przysłowiową „ostatnią nadzieją” dla ludzi, którzy chcą, aby z wizualnym uniesieniem płynęła również jakaś taka życiowa mądrość.

Czy zatem Diuna A.D. 2021 dostarcza? Ano powiedziałbym, że tak w połowie. Oczywiście nie czytałem nigdy epopei Herberta, jednak z samą franczyzą poniekąd dorastałem. Pamiętam dość dobrze przełomowe gry komputerowe, pamiętam dziwaczny i nieco pocieszny film Lyncha, no i z jakichś powodów oglądałem bełkotliwy serial z Williamem Hurtem. Tak więc na piaskach niegościnnej Arrakis ląduje nie pierwszy raz! Nowe spojrzenie na historię Leto II Atrydy, tak samo, jak reszta twórczości reżysera, to jednak dzieło dzielące. Ale po kolei.

Nie chcę wchodzić tutaj zbytnio w opisywanie fabuły, bo moim zdaniem scenariusz w dość przystępny sposób wprowadza nas w meandry tej dziwnej, bardzo mnie frapującej wizji przyszłości. I nie słuchajcie tych wszystkich ludzi, którzy mówią, że bez znajomości literackiego pierwowzoru nie idzie się połapać w historii. Oczywiście dla niektórych niezrozumiałym będzie to, dlaczego futurystyczny świat pozbawiony jest komputerów i robotów, a technologię zastępują podkręcone „melanżem” właściwości ludzkiego mózgu. Może to robić jednak za furtkę po sięgnięcie głębiej i zanurzenie się w (piaski heh) tego bogatego uniwersum.

To właśnie w tym nieszablonowym i ekstrawaganckim świecie poznajemy młodego Paula Atrydę (Timothée Chalamet), którego licząca się w kosmicznym Imperium rodzina dostaje pod swoją kuratelę planetę Arrakis, potocznie nazywaną Diuną. To właśnie na niej wydobywany jest melanż, zwany inaczej przyprawą, halucynogenna substancja, która dzięki swoim narkotycznym właściwościom pozwala bezpieczne wytaczać drogę wśród gwiazd. Oczywiście posiadanie pod swoją władzą planety tak istotnej jak Diuna prowadzi do wielu konfliktów zarówno na szczeblach najwyższej władzy, jak i lokalnych potyczek z wrogo nastawionymi tubylcami – zwanych Fremenami.

Napisałem na początku, że film dzieli widownię na tych, którzy są filmem zawiedzeni oraz na tych, którzy naprawdę się nim ekscytują. Ja stoję po stronie tych drugich, ponieważ produkcja ta podczas seansu na naprawdę wielkim ekranie dosłownie wgniotła mnie w piach (heh). To dzieło zrodzone wyłącznie po to, by doświadczać go w kinie! Villeneuve opowiada tutaj raczej obrazem, rzadko kiedy wkładając w usta postaci większe dialogi niż niezbędna ekspozycja świata przedstawionego. Dlatego też dla wielu może być to tylko piękna wydmuszka, przedłużona do prawie 3 godzin reklama biżuterii znanej marki. Jednak moje poczucie estetyki wzięło górę i dosłownie chłonąłem ten świat oczami – choć te niestety nie stały się niebieskie.

Reżyser widocznie odcina się pod każdym względem do tego, do czego przyzwyczaiło nas kosmiczne science-fiction na przestrzeni lat. Najłatwiej oczywiście zbliżyć Diunę do Gwiezdnych Wojen, które to swoją centralną dla historii planetę Tatooine zawdzięczają Herbertowi właśnie. Tutaj jednak wszystko przypomina nieco teatralną sztukę, wizję przyszłości bliższą futurystom z lat 50. i 60., niż popchnięcie w przód naszej obecnej cywilizacji. Zamiast migających z każdej ściany światełek i przycisków mamy tutaj zimny i sterylny minimalizm. Prawie nikt nie strzela tutaj laserami, a zamiast po pistolet, sięga się raczej po tradycyjny miecz. Wnętrza przypominają wręcz antyczne grobowce, których ściany zdobią jakieś fantazyjne freski. Widać, że w twórcy wizja ta nie narodziła się dopiero po podpisaniu umowy, a żyła w nim (i z nim) od lat.

Po tych pustych korytarzach przemieszcza się cały panteon równie dziwnych, co budzących zachwyt postaci. Naprawdę, wszyscy z aktorów grających w Diunie mogliby każdy kadr ze swoim udziałem wrzucić z powodzeniem na Instagram. A obsada jest tutaj naprawdę imponująca! Bo choć taki Chalamet to po prostu ładny chłopiec, tak grający jego ojca Oscar Isaac to już chodzący monument. Wiem, postacie mają tutaj mało do grania, bo muszą raczej wyglądać w kadrze. Mi to jednak nie przeszkadza, bo jak już wspomniałem, jest to przeżycie głównie wizualne. Jedyną postacią, która tak naprawdę ma tutaj jako tako silniejszy charakter, aniżeli prosty stereotyp definiujący jego jestestwo, jest grany przez Jasona Momoa Duncan Idaho.

Diuna nie boi się sugerować, że w tej historii chodzi o coś więcej. Paul, dźwigający ciężar Domu Atrydów i oczekiwania wobec swojego rodu, jest zarówno archetypem, postacią podążającą za swoim przeznaczeniem, jak i przekonującą krytyką kolonializmu. Czy jest on figurą białego zbawiciela, czy jak chciał Frank Herbert wiele dekad temu, jest wywrotowcem misyjnego imperializmu? Tak samo nasuwa się pytanie, czy historia nie jest przypadkiem analogią do bezlitosnego eksploatowania zasobów naturalnych? Oczywiście odpowiedzi przychodzą do nas same, jednak ja byłbym z nimi ostrożny! Po seansie doczytałem się na jednym z rodzimych forów, że film promuje ruch Black Lives Matters…

Jedyne, co mi przeszkadzało nieco podczas seansu to projekt kultowych już Czerwi Pustyni. Przez lata przyzwyczajony byłem do bardziej hmmm, gadziego wyglądu robali? Rozkładająca się niczym kwiat szczęka pełna kłów była dla mnie po prostu najbardziej ikoniczną wizją przemierzającego piach stworzenia. Tutaj postawiono na bardzo „odbytniczy” design, który łączy zwieracz z jeżowcem. Wygląda to dość kuriozalnie i jakoś trudno jest mi uwierzyć, że jest to stworzenie z krwi i kości, które może naprawdę żyć na niegościnnej planecie. Ale to już moje jakieś tam czepialstwo!

To hipnotyzująca i oszałamiająca adaptacja. Jej skala sprawia, że jest to film idealnie wpisujący się w tytuł „ambitnego blockbustera”. Jasne, jest to dość długi film, który od czasu do czasu miewa swoje problemy, ale pomysły, mitologia i zadziwiająca warstwa wizualna z pewnością zadowolą starych fanów i przyciągną nowych. Szkoda jednak, że w tej chwili jest to tylko prolog, więc nie można obiektywnie ocenić filmu jako oderwanego od większej całości. Ironicznym jest zatem fakt, że film tak mocno krytykujący kapitalizm, swoją dalszą egzystencję powierza tylko chłodnym kalkulacjom. Oby się jednak udało.

Oryginalny tytuł: Dune

Produkcja: Kanada/USA/Węgry/Wielka Brytania, 2021

Dystrybucja w Polsce: warnerbros.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.