Halloween zabija (2021)

Wbrew napływającym zewsząd złym omenom, na Halloween Zabija szedłem z ciarkami na plecach. Specjalnie odkładałem sobie wizytę w kinie na tytułowe święto, by w pełni poczuć magię, którą roztacza wokół siebie postać Michaela Myersa. A jako że robiący za reboot serii sequel z 2018 zrobił na mnie naprawdę konkretne wrażenie, moja ekscytacja podsyciła się niczym dom, w którym docelowo morderca w białej masce miał spłonąć. Światła zgasły a na ekran wjechała dynia w akompaniamencie legendarnej ścieżki dźwiękowej Johna Carpentera. Seans się zaczął…

Idąc tropem lubianej przeze mnie dwójki z 1981 roku, Zabija zaczyna się dosłownie w tym samym momencie, w którym skończył się jego poprzednik. Michael czeka na spopielenie w domu-pułapce, Laurie wraz z córką, wnuczką i pokaźną raną brzucha trafia do lokalnego szpitala. Pech jednak chce, że służby miasteczka Haddonfield działają błyskawicznie i… ratują nieświadomie maniakalnego mordercę. Ten wraca na krwawy szlak, a jego tropem rusza podjudzana przez niedoszłe ofiary społeczność miasta.

Fabuła w zasadzie zostaje streszczona nam w zwiastunie filmu, więc dalszych jej zakończenia nie będę tutaj omawiał. A uwierzcie mi, że jest to chyba jedyna rzecz, która może nas tutaj zaskoczyć! Halloween zabija to bowiem schematyczny do bólu slasher, który na to wszystko traktuje się bardzo serio. Dlatego też oglądanie tych wszystkich głupot, którymi cechują się bohaterowie kina siekanego, jest tutaj tak bardzo wyraziste. Naprawdę, większych idiotów niż tutaj dawno nie widziałem! Poszukujący mordercy ludzie co chwilę się rozdzielają albo wchodzą samotnie do domu, w którym wiadome jest, że czai się „Kształt”. Inni stoją spokojnie i czekają, aż Michael dobierze im się do skóry lub zostają… zastrzeleni śmiertelnie własną bronią.

Na całe szczęście wszystkie te kuriozalne często zgony są wykonane w naprawdę imponujący sposób. To bez ściemy najkrwawsza z przygód Myersa, przerastając swoim okrucieństwem nawet film Roba Zombie. To trochę tak, jakby reżyser napawał się dziełem zniszczenia, jakie niesie ze sobą bohater jego opowieści. Sam Michael pokazany jest tutaj niczym dzieło Fidiasza, zarówno jako niemy posąg idący gdzieś na dalszym planie, jak i epicka bestia z wszystkimi tymi wybuchami w tle. Daje to sporo radochy, bo czuć tutaj ogromne uczucie, jakie twórcy kierują w stosunku do klasycznego filmu Carpentera.

Niestety, największym błędem, jaki popełnia Halloween zabija, jest przykucie Laurie do łóżka szpitalnego i zmuszenie jej, by cały film przeleżała. Być może jest to konieczna rekonwalescencja przed jej ostatecznym starciem w zapowiedzianej trzeciej części. Ale niestety tam, gdzie na pierwszy plan miało wyjść jej potomstwo, nie wychodzi nikt! Naprawdę ze świecą szukać tutaj jakiś charakternych postaci, które w jakiś sposób niosłby świeżość do tej skostniałej już formuły. To chyba mój największy zarzut, bo reżyser, zamiast ciągnąć historię tak dobrze nakreśloną poprzednio, niczym z magicznego rękawa wyciąga kolejne postaci z klasycznego filmu i próbuje nas nimi zainteresować. Nie tędy droga panie twórco!

Niemal nihilistyczny wydźwięk filmu jest jednak jak najbardziej okej. Fani zresztą od dawna wiedzą, że Michael nie jest wbrew teorii Laurie tylko facetem z krwi i kości. Pierwsza połowa oferuje kilka przebłysków optymizmu, ale ostatnie pół godziny rozwiewa wszelkie nadzieje. Przy lepszej reżyserii i tempie (ostatni akt wydaje się nakręcony bardzo pośpiesznie), film mógłby być wnikliwą wiwisekcją naszych najgorszych impulsów. Na pewno obfituje w wiele ciekawych pomysłów, ale nie jest w stanie połączyć ich w spójną opowieść. Podstawowe motywy nie mają miejsca na oddech wśród tej kanonady pchnięć nożem.

Narracja w Halloween zabija cierpi na klasyczny syndrom środkowego filmu, a kiedy pojawiają się napisy końcowe, nie zajmuje nam dużo czasu aby zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy zbyt daleko od miejsca, w którym zaczęliśmy. Tak naprawdę podkręciliśmy tylko licznik ofiar. Co więcej, z Laurie i jej rodziną skutecznie odsuniętą na bok, przez większość czasu nie mamy dużo czasu na spędzenie go z naszymi głównymi bohaterami. Film wydaje się raczej równoległą do poprzednika historią, niż jego pełnoprawną kontynuacją.

Ukrywał nie będę, że nowe przygody Myersa to dla mnie ogromne rozczarowanie. Nie spodziewałem się zupełnie ścieżki, którą podąży twórca, dając nam efekciarską parodię serii zamiast pełnokrwistego pociągnięcia tego, co poznaliśmy poprzednio. To jednak naprawdę ekstra rozrywka, zwłaszcza kiedy oglądamy ją ze znajomymi po lekkim „otępieniu” naszych zmysłów! Śmiechu jest tu co niemiara, a jedyne momenty przyprawiające o gęsią skórkę to te, które bezpośrednio zakotwiczone są w filmie Carpentera. Strasznie to głupie, jednak nadzieja na uratowanie tej linii czasowej – bo w serii Halloween jest już ich kilka – zapowiadaną częścią trzecią tylko podsyca moje oczekiwania.

Oryginalny tytuł: Halloween Kills

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: tylkohity.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *