Mam problem z „Venomem” i filmami spoza MCU

Jestem właśnie po podwójnym seansie komiksowego widowiska Venom i poczułem się tak, jakbym cofnął się do 2007 roku. Ale nie oznacza to, że są to dobre filmy!

Przez lata świadomie omijałem wszystko (z kilkoma wyjątkami oczyiwście), co superboahterskie, a co nie jest sygnowane logiem Myszki Miki. Dlatego też ku zdziwieniu wszystkich, nie widziałem nigdy chwalonego przez wielu Logan: Wolverine (2017) czy seriali z uniwersum DC Comics. Skąd ta niechęć? Właśnie teraz podejmę próby jej wyjaśnienia. Oczywiście jest to bardzo subiektywna opinia, więc nie odbierzcie tego jako ataku na Wasz gust! Każdy ogląda to, co chce i jara się tym, czym chce, proste.

Moja przygoda z kinem komiksowym, jak w przypadku większości ludzi urodzonych w pierwszej połowie lat 90., zaczęła się od trylogii Spider-Mana Sama Raimiego. Oczywiście w 2002 roku niedane mi było oglądać przygód człowieka pająka na dużym ekranie, więc seanse tych filmów kojarzą mi się głównie z telewizyjnymi mega hitami. Wtedy wszyscy tym żyli, bo nie było torrentów, Netflixów czy kasy na bilety do kina. Czy podobały mi się wtedy tamte filmy? Pewnie tak, choć pamiętam je, jak przez mgłę a do ponownego seansu jakoś mi nieśpieszno. To relikty swoich czasów, które w tamtych czasach powinny pozostać. Mamy już nowego, moim zdaniem lepszego Pajączka na ekranach.

Spider-Man i Green Goblin w miłosnym uścisku. „Spider-Man” (2002), reż. Sam Raimi

Nie sposób jednak negować fakt, że Raimi miał na swoje filmy konkretny pomysł, który utrwalił formułę superbohaterskiego kina na długie lata. Zresztą o tym, jak kultowe są to filmy (a szczególnie pierwsze dwa), świadczy fakt, że dzisiaj czekamy z zapartym tchem na pojawienie się wykreowanych w nich postaci w nadchodzącym Spider-Man: Bez drogi do domu (2021). We mnie jakiś sentyment pozostał, choć został on nadgryziony wtedy, kiedy wybrałem się na swój pierwszy komiksowy film do kina… Był to nieszczęsny Spider-Man 3 z 2007 roku, który na wiele lat nieco obrzydził mi tego typu widowiska.

Dlatego też nawet nie tknąłem tego, co później stało się na rynku wysokobudżetowych widowisk. Mając w pamięci nieudaną „trójkę”, omijałem szerokim łukiem wszystkie te Iron Many (2008), Thory (2011) czy Capitany Ameryki (2011). Co więcej, stałem w twardej opozycji do ludzi, którzy jarali się kolejnymi tytułami ze stajni Marvela. Ofiarą mojej ignorancji stał się głównie kolega ze szkolnej ławy, który to zachwycał się przygodami facetów w trykotach i fantazyjnych zbrojach.

Okres mojej szkoły średniej przypada również na czas, kiedy popkultura żyła mroczną wizją Batmana Christophera Nolana. Ale o tym, jak słabe są to w moim mniemaniu adaptacje, mógłbym się rozwodzić na łamach innego tekstu, który jeśli mi odwaga pozwoli, kiedyś popełnię.

UWAGA SPOLERY DO FILMU VENOM 2!

Ale nie odchodźmy za daleko! Pisząc te słowa, jestem po podwójnym seansie dwóch części Venoma produkowanego przez Sony do spółki z Marvel Cinematic Universe. Czy jest to część bogatego uniwersum, w którym znajdują się wspomniani wyżej Thor i Kapitan Ameryka? Nie wiem! W zasadzie nikt nie wie, ponieważ spór o prawa autorskie do wizerunków tych postaci może w każdej chwili przesądzić o ich losach.

Jednak po zakończeniu głównej fabuły drugiego Venoma pojawiają się napisy końcowe i obowiązkowa scena po nich. Okazuje się, że Venom jest teraz w MCU! Ta krótka sekwencja na zawsze zmienia filmy Marvela, zarówno Marvel Cinematic Universe, jak i uniwersum Spider-Mana firmy Sony. Od dawna słyszeliśmy plotki i informacje sugerujące, że Venom w końcu dołączy do MCU i teraz ta wydawać by się mogło mrzonka się spełniła. I szczerze? Jest to najlepsza rzecz, jaka mogła wydarzyć się w tym filmie!

Venom (2018) to film porażająco wręcz słaby. Pierwszy akt opowieści ogrywany jest niczym film o zombie, pełen elementów grozy, które wydają się nadawać specyficzny ton całości. To zdecydowanie inne podejście do kina superbohaterskiego, biorąc pod uwagę, że celowe praktyki straszenia widowni są rzadkością w uniwersum Marvela. Niestety, te pozornie ciekawe chwile grozy szybko znikają, zastąpione przez rutynową historię przegrywa, który przypadkiem staje się posiadaczem wielkiej mocy.

Dziennikarz śledczy Eddie Brock (Tom Hardy) pragnie przeprowadzić wywiad z gigantem technologicznym Carltonem Drake (Riz Ahmed). Zamiast pytać o eksplorację kosmosu prowadzonej przez niego Drake’s Life Foundation, tropi nieetyczne manewry farmaceutyczne, co szybko skutkuje utratą pracy i związku Brocka z narzeczoną Anne Weying (Michelle Williams). Kilka miesięcy później zrozpaczona naukowiec dr Dora Skirth (Jenny Slate) przychodzi do naszego bohatera, przedstawiając dowody na ohydne praktyki Drake’a. To, co odkrywa, jest o wiele bardziej szokujące niż wszystko, co mógł sobie wyobrazić. Life Foundation ściągnęło na Ziemię pasożyty z kosmosu, z którymi Drake prowadzi testy na ludziach.

Oczywistym jest fakt, że to właśnie Eddie przyjmie do swojego ciała kosmiczną maź, czyli tytułowego Venoma. Symbioza między kosmitą a człowiekiem stanowi główną oś filmu, prowadząc nas jak za rękę przez kolejne wątpliwej jakości gagi i chaotyczne sceny akcji. Historia stara nam się sprzedać antybohatera, z którym moglibyśmy spokojnie wyskoczyć na piwko, a później zabić kilku złych ludzi. Brock jednak od początku nie jest sympatyczny, co sprawia, że ​​przyjęcie go jako głównego bohatera jest nieco trudniejsze. Jego egoizm i bezmyślność sprawia, że spirala moralności ciągnie go skutecznie w dół. Co najgorsze jednak, film w żadnym momencie nie daje nam żadnych wskazówek, że sytuacja ta może się zmienić!

Jeśli produkcje należące do MCU porównać do dobrze naoliwionej lokomotywy lub ciągniętych przez nią, kolorywch i pełnych zabawy wagonów, tak Venom na ich tle wygląda jak wrak leżący gdzieś na przy torowisku. Ta niemożność zdecydowania się o to, w jakim tonie chcemy opowiedzieć historię, prowadzi do naprawdę przykrych skutków. Jest pełen dziwnych, slapstickowych momentów i generowanych komputerowo efektów, które wyglądają, jakby zostały wyciągnięte prosto z lat 90. Być może znajdzie to uznanie jakiś komiksowych hipsterów, jednak dla mnie Venom to bałagan.

Oglądając film, czułem się tak, jakbym cofnął się w czasie właśnie o 10 lat wcześniej i patrzył bez większego sensu na polsatowskie pasmo „hitów na niedzielę”. Na całe szczęście Tom Hardy wykonuje niesamowitą robotę. Jego postać niekoniecznie działa, a nawet nie ma sensu w kontekście filmu, ale niezaprzeczalnie jego gra aktorska wybija się wysoko ponad całość. Jego Eddie to miks dziwnych tików twarzy, piskliwych tonacji głosowych i zgarbionej postawy. Brock wydaje się wątpiącym w siebie kujonem. Hardy’ego zawsze można oglądać, bez względu na rolę, a na tle innych pojawiajacych się tutaj aktorów, to wręcz jednoosobowy spektakl. Buduje swoją postać z dziwacznych klocków, a jeśli publiczność nie bawi się jego dziwnymi manierami w jakiejś scenie, są szanse, że Hardy zastosuje zupełnie nowy zestaw sztuczek w następnej.

Pamiętam, że kiedy Sony Pictures po raz pierwszy ogłosiło film, fani oczekiwali kategorii wiekowej R. Studio miało odpalić własną serię filmów o Spider-Manie, które są odłączone od większego Marvel Cinematic Universe, a Venom w kategorii R byłby sprytnym sposobem na odróżnienie projektów Sony od bardziej przyjaznych rodzinom filmów Marvela. Jednak w swojej gotowej formie Venom ma przypisaną kategorię PG-13, bardziej skupiający się na głupim humorze, niż na zniuansowanym przedstawieniu głównego bohatera. Naprawdę, możliwość przedstawienia zespojenia się dwóch organizmów mogło ocierać się choć trochę o kino Davida Cronenberga, a skończyło się żenującymi scenami, w których Eddie zajada się czekoladą.

Relacja między Eddiem i Venomem jest ostatecznie najbardziej skutecznym elementem emocjonalnym filmu. Williams i Hardy nie mają żadnej chemii, choć start tej filmowej relacji zaczyna się od włamania do prywatnego komputera Anne przez Eddiego. Ahmed równie dobrze mógłby po prostu usiąść i zakręcić wyimaginowany wąsik, biorąc pod uwagę, ile złowrogich przemówień jest zmuszony wygłosić. Z biegiem czasu Eddie i Venom wypracowują jakąś tam więź, która minimalnie sprawiła, że udałem się do kina na drugą część.

A co dostałem? Dokładnie to samo! Venom 2: Carnage to taki sam bajzel jak jego poprzednik. Eddie tym razem dostał ekskluzywny kontakt do seryjnego mordercy Cletusa Kasady (Woody Harrelson), którego zbrodnie są tak ohydne, że gubernator Kalifornii zniósł dla niego zakaz kary śmierci. Jednak na krótko przed egzekucją Eddie podchodzi trochę za blisko Cletusa, który gryzie Eddiego w rękę i przenosi trochę mocy Venoma do własnej krwi. W komorze śmierci płyny Cletusa walczą ze śmiertelnym zastrzykiem, a na zewnątrz wyłazi większy, bardziej złośliwy symbiont, który przyjmuje imię Carnage.

Reżyser Andy Serkis trzyma nogę na gazie od początku do końca, ledwie pozwalając na chwilę wytchnienia od wybuchowej akcji i animowanego komputerowo chaosu. To prawdopodobnie mądry wybór, ponieważ fabuła prawdopodobnie rozpadłaby się, gdyby dać nam 30 sekund na jej przemyślenie. Pędzimy zatem na złamanie karku po tym dziwacznym, niespójnym parku rozrywki aż do sztampowego w każdym calu finału. Film się kończy, a ja odetchnąłem z ulgą.

Czy była to produkcja choć trochę lepsza niż poprzednik? Trochę tak, bo ironicznie można czerpać przyjemność z przeszarżowanej gry Harelsona, który powraca tutaj do swojej roli z Urodzonych morderców (1994). O całej reszcie nie ma sensu się rozwodzić, bo jest to kalka w kalkę powtórka z rozrywki. A kiedy oglądałem te film jeden po drugim, zlały mi się w jedną, ciemną i bezkształtą plazmę – co śmieszne na wzór tytułowego kosmity.

Ale okej, o filmach zapomnę pewnie jeszcze w trakcie pisania tego tekstu. Dlaczego mi, entuzjaście wszelakiej grozy, podchodzi bardziej bezpieczne i wymuskane MCU zamiast takich nieco mroczniejszych opowieści o superbohaterach? Wiem, Venom nie jest dobrym przykładem, bo to po prostu są słabe filmy, ale z braku laku nie mam innego porównania. Chodzi moim zdaniem o to, że Disney zrobił coś, czego nie udało się żadnej innej superprodukcji (może z wyjątkiem Gwiezdnych Wojen, ale to też Myszka Miki).

Mowa oczywiście o konkretnym planie na budowanie filmowego uniwersum. Każdy, nawet potencjalnie nieważny film jak przykładowo Czarna Wdowa (2021), to wciąż element budujący spójny i sensowny świat. I może kiedy Venom zawita w tym wszechświecie, a jak pisałem wyżej, stanie się to na pewno, Disney weźmie go w swoje korporacyjne sidła i wyliczy w Excelu dla niego jakąś konkretną przyszłość. Szczerze? Niech już ten Tom Hardy zostanie na ekranie, niech ma tą ocierająca się o homoseksualny związek relację, ale proszę, dajcie to poprowadzić komuś, kto ma na to konkretną wizję.

Carange szczerzy kły. „Venom 2: Carnage” (2021), reż. Andy Serkis

Czy Venom pod kuratelą Disney’a będzie lepszy? Jestem pewien, że tak. I nie chodzi mi tylko o to, że w końcu kosmiczny symbiont stanie do walki ze swoim arcywrogiem, Spider-Manem, ale o to, że umieszczony zostanie już w znanym i nakreślonym mocno uniwersum. Czy będzie to ucięcie wszelkich mrzonek o tym, by zrobić film przynajmniej ocierający się o kino grozy? Tutaj też stawiam diamenty przeciwko orzechom! I wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadza.

Niech twórcy kolejnych przygód Eddiego wyciągną z tych filmów to, co w nich najlepsze, czyli parę głównych bohaterów, i dadzą im się naparzać z jakimiś fantazyjnymi, kolorowymi przeciwnikami. Na przestrzeni dwóch filmów Venom walczył ze swoimi kalkami, w pierwszym była to trochę większa, a w drugim większa i czerwona wersja głównego bohatera. Przeniesienie go do świata, w którym mamy już tak pokręcone rzeczy, jak Strażnicy Galaktyki (2014) czy Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni (2021) daje możliwość twórcom na coś naprawdę ciekawego i odświeżającego.

A ci, dla których będzie to odejście od tego całego mroku, mam złą wiadomość. Dwie części Venoma mają z mrokiem tyle wspólnego, co Batmany Nolana z dobrymi filmami (szach-mat!). Osadzenie akcji w nocy i zrobienie z głównego przeciwnika seryjnego mordercy wygląda komicznie, kiedy na ekranie nie pojawia się nawet kropla krwi! Wszystko tutaj jest na maksa ugrzecznione, więc przejście w stylistykę znaną z MCU nie powinno być dla Was problemem.

To nie jest kazus Deadpoola (2016), który choć filmowo nie był niczym niezwykłym, w odważny i szczery sposób przekładał na kino specyficzny język materiału źródłowego. Czy widzę tego bohatera w MCU? No pewnie! Choć to ten przypadek, kiedy działanie na własnym polu pozwala bardziej rozwinąć twórcom skrzydła kreatywności. Bo mają po prostu konkretną wizję na to, co i jak chcą zrobić.

Uwierzcie mi, nie jestem fanem unifikacji popkultury i nie chciałbym, żeby każdy komiks wchłaniany był przez molocha jakim jest MCU. Jednak na przykładzie omawianych tutaj filmów wiem, że wyszłoby im to tylko na dobre. Być może projekt ten pod nowym szyldem trafi w ręce kogoś, kto będzie miał na tę wizję swój konkretny pomysł, tak jak było to w przypadku DC i jego Legionu samobójców: The Suicide Squad (2021). Czy mam swój typ wśród panteonu disnejowskich twórców? Szczerze nie, ale wiem całym sobą, że ten korporacyjny potwór potrafi mnie zawsze zaskoczyć. I to do tego pozytywnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *