11 polskich filmów grozy na 11 Listopada

Polacy nie gęsi i swe kino grozy mają!” – parafrazując słynne, patriotyczne powiedzenie, zapraszam Was do mojej wyliczanki mniej lub bardziej udanych, rodzimych filmów grozy.

Oczywiście pewnie zaskoczy Was tutaj brak takich tytułów jak Lubię nietoperze (1986) czy Klątwa Doliny Węży (1988), ale zwyczajnie filmów tych nie widziałem. Oczywiście nadrobię je, jeśli tylko najdzie mnie na to ochota! Do samej grozy w tym zestawieniu podejdę również nieco luźniej, dlatego też obok horrorów czystej krwi znajdą się również oniryczne filmy fantasy czy mroczne kryminały.

Chronologia tytułów polega na datach ich wydania, więc polecimy z nimi klasycznie, od najstarszych do najnowszych. Zapraszam do lektury i dzielenia się w komentarzach swoimi typami!

P.S. Mało który z rodzimych artystów w tak dosadnie wizualny sposób potrafi przelać na nas poczucie niepokoju, jak Zdzisław Beksiński, dlatego na wyróżniający obraz wybrałem wycinek jego pracy AF76.

1. Matka Joanna od Aniołów (1961), reż. Jerzy Kawalerowicz 

Zaczynamy od prawdziwej klasyki! Z pozoru prosta historia o opętaniu szybko przeradza się w artystyczną krytykę religii jako takiej. Opierając się na rzeczywistych doniesieniach o opętaniu z klasztoru w Loudon we Francji, Kawalerowicz poprzedza Egzorcystę (1973) Williama Friedkina, zarówno w tropie niewinnej dziewicy, która stała się narzędziem ciemności, jak i jego sympatii do wyginających ciała demonów. Pod rządami komunistów filmy kręcono według ścisłych wytycznych, aby wyglądały jak te w ZSRR. Dlatego też poruszone zostają tutaj kwestie klasy, zastosowano prosty montaż, a narracja nie kłóci się z programem partii. Jednak twórca pod płaszczem narzuconych mu reguł nie tylko porusza wysoce indywidualistyczny materiał o eksploracji własnego ja i najbardziej osobistych pytań dotyczących religii, ale wizualnie odrywa się od realizmu przyziemnego, w który wpadało często rodzimego kino. Nakręcona w stylowym monochromie Matka Joanna od Aniołów zgarnęła Srebrną Palmę na festiwalu w Cannes, jeśli to wciąż Was nie przekonuje do seansu.

2. Diabeł (1972), reż. Andrzej Żuławski

Drugi, pełnometrażowy film Andrzeja Żuławskiego nie przyniósł glorii i chwały w rodzimym kraju i zmusił twórcę do emigracji. Nie ze względu na jakieś brutalne czy obrazoburcze sceny w nim zawarte, a przez to, że reżyser w szatach kostiumowego filmu grozy opowiada o burzliwych lat 60., podczas których komunistyczne władze sprowokowały grupę warszawskich studentów do protestów przeciwko wszechobecnej cenzurze. Wprowadzenie obowiązkowej weryfikacji kultury doprowadziło aresztowania i nękania wielu osób, głównie ze środowiska artystycznego. Jednak czy czytamy go jako dramat historyczny, czy paranormalny horror, Diabeł jest bezwstydną przypowieścią o sprzeniewierzonym gniewie przeciwko siłom zła. Żuławski, podobnie jak Roman Polański, urodził się w świecie bomb spadających nad głowami i był jednym z nielicznych dzieci w swojej rodzinie, które przeżyły II Wojnę Światową. Bez wątpienia łatwo jest mu na nowo wyobrazić sobie świat jako miejsce wątpliwej lojalności i fałszywie szerzonych frazesów moralnych. To jest prawdziwy horror!

3. Wilczyca (1983), reż. Marek Piestrak

Nie wyobrażam sobie tej listy bez Wilczycy Marka Piestraka. Akcja rozgrywa się w 1848 roku w odległej, pokrytej śniegiem części Polski, więc znów mamy do czynienia z kinem kostiumowym. Film ten nie ma co prawda takiej socjologicznej mocy jak dwa poprzednie, choć plotki głoszą, że popchnął on Edmunda Kolanowskiego do swoich niecnych czynów. Jednak mówienie o polskim kinie grozy z pominięciem Wilczycy byłoby grzechem! Największy problem tkwi w scenariuszu i reżyserii. Tempo jest ślamazarne, film jest przegadany, a zarówno dialogi, jak i postacie (zwłaszcza całkowicie odpychający główny bohater) wypadają niewiarygodnie płasko. Za grosz tutaj suspensu czy grozy. Największą wygraną filmu jest jednak wszechobecny kicz, który tak dobrze oddaje ducha naszej kultury popularnej lat 80. Jest przaśnie, kolorowo, a aktorzy grają z widocznie teatralną manierą. Najszczerszy uśmiech na twarzy zagości jednak wtedy, kiedy na ekran wjedzie tytułowa wilczyca. Ale to już musicie zobaczyć sami… Do obejrzenia razem z kontynuacją Powrót Wilczycy (1990).

4. Ślady wilczych zębów (1983), reż. Jiří Svoboda

Tym razem nie do końca polska produkcja, a koporodukcja polsko-czeska. O filmie tym było już pisane na tej stronie, więc pozwolę sobie zacytować jego recenzję. „Choć imponujący wizualnie, miejsca i lokacje zdają się po pewnym czasie nieco ograniczać historię. Aż chciałoby się wejść głębiej w las lub zobaczyć całą okolicę z większej perspektywy. Przyczepić też można się do aktorskiej załogi filmu. Jak na koprodukcję polsko-czeską przystało, na planie znajdziemy zarówno rodzimych aktorów, jak i tych zza naszej południowej granicy. Cieszy ucho fakt, że wszyscy mówią tutaj w swoich ojczystych językach, choć oczywiście dominuje tutaj czeski. Naprawdę warto odkopać Ślady wilczych zębów, bo to film nie tyle poszerzający naszą świadomość, ile zachwycający niesamowicie gęstą i wręcz taką teatralnie-oniryczną atmosferą. Perła europejskiego horroru? Ociekający suspensem spektakl ludzkiej podłości? A może senny koszmar, z którego nie możemy się wybudzić? Osobiście podpisuje się pod tym wszystkim obiema rękoma i zachęcam Was to poświęcenia tej produkcji należnego czasu, choćby z patriotycznego poczucia obowiązku!„.

Całą recenzję przeczytacie TUTAJ!

5. Medium (1985), reż. Jacek Koprowicz

Śledztwo w sprawie podejrzanej śmierci wprowadza detektywa w świat okultyzmu i hipnozy, ponieważ tytułowe Medium wybrało sobie kilka osób do pokierowania ich losami na iście kolizyjny kurs. A wszystko to w nie tak bardzo słonecznym Trójmieście 20-lecia międzywojennego. Film Koprowicza charakteryzuje się naprawdę zimną paletą barw, która w połączeniu z subtelnością prowadzenia narracje daje iście oniryczny efekt. To film, który spokojnie mógłby powstać we Włoszech dziesięć lat wcześniej! Wizualnie jest tutaj szczególnie interesująco, ponieważ nie ma żadnych „efekciarskich” sztuczek, a wiele scen nakręconych zostało z bardzo bliska, co daje poczucie interpersonalnej klaustrofobii. Przez cały czas trwania filmu czujemy się bardzo nieswojo, zwłaszcza w bardziej trzymających w napięciu momentach. Jeśli chodzi zatem o dziwne, okultystyczne thrillery, Medium jest pierwszym wyborem!

6. Alchemik (1988), reż. Jacek Koprowicz

Znowu Jacek Koprowicz, tylko tym razem w kwaśnym sosie! To dzieło o wielkich ambicjach, które w założeniach miało dotrzymać kroku wielkim, zachodnim widowiskom fantasy. Wyszło, jak wyszło, tego pewnie się domyślacie, ale efekt jest co najmniej ciekawy. Średniowieczna sceneria, zamek, zły, okrutny książę, konkurujący z innym złym, okrutnym księciem, alchemik-szarlatan, ślepy wróżbita, porwanie, szantaż, zmiana ołowiu w złoto, walczące karły, maszyna latająca, czarownica, sataniści, czarna msza, Lucyfer, mordowanie niemowląt, nawiedzony malarz, Inkwizycja, nawrócenie, wizje zsyłane przez Boga i wreszcie na końcu niezidentyfikowane obiekty latające. Alchemik to jasełka na kwasie, które zarzucają na nas więcej i więcej, by popatrzeć, ile zdołamy wytrzymać. Post-PRLowski Alejandro Jodorowsky, to chyba najbliższe temu, czym jest Alchemik Koprowicza.

7. Hiena (2006), reż. Grzegorz Lewandowski

Gość z poparzonym ciałem i w czerwonym sweterku w paski prześladuje dzieciaki. Brzmi znajomo? Hiena nie jest żadnym wybitnym osiągnięciem polskiej kinematografii, jednak ja zapoamiętałem go głównie za fantastyczny klimat. Ciężki niczym śląskie powietrze nastrój jakiejś opuszczonej przez Boga mieściny to pejzaż iście apokaliptyczny. Głównym bohaterem jest tutaj Mały (Jakub Romanowski), młody chłopak, którego tata ginie w wypadku na kopalni. Mały jest zagubiony, nie potrafi się pogodzić ze stratą, nie wierzy w śmierć ojca. Jego matka, chcąc zapewnić byt rodzinie, szybko znajduje sobie nowym adoratorów, których ten nie akceptuje. Mały znajduje sobie przyjaciela w osobie tajemniczego, dużo starszego od siebie mężczyzny, który żyje w owianej złą sławą samotni. Tymczasem w okolicy zaczynają ginąć dzieci, co grany przez Romanowskiego bohater zrzuca na karb hieny, która uciekła z pobliskiego ogrodu zoologicznego. Mężczyzna obiecuje bronić chłopaka przed drapieżnikiem w zamian za jedzenie. Gdy morderstwa nie ustają, Mały zaczyna podejrzewać swojego nowego towarzysza. Hiena to widowisko nużące, pełne rażącej głupoty, ale (przynajmniej dla mnie) niesamowicie atmosferyczne! W ramach ciekawostki jak najbardziej do sprawdzenia.

8. Córki dancingu (2015), reż. Agnieszka Smoczyńska

Wyobraźcie sobie, że Gaspar Noé i nieżyjący już, a wspomniany tutaj Andrzej Żuławski współpracowali przy remake’u Małej Syrenki. To może dawać jako takie pojęcie, czym są Córki dancingu Agnieszki Smoczyńskiej, cudownie szalonym musicalem, który wypełnia lukę między Hansem Christianem Andersenem i Nine Inch Nails. Historia osadzona jest w czasach PRL-u, gdy nad wodami warszawskiej Wisły Mietek (Jakub Gierszal). Jeśli Mietek spotyka dwie urodziwe syreny. Nazywają się Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek) i prawie zawsze paradują nago. Ich ciała są źródłem nieustannej fascynacji, chociaż większość mężczyzn, którzy przyglądają się zbyt uważnie lub z pożądliwością, żałuje tego śmiertelnego błędu. Smoczyńska buduje swoją opowieść na fundamencie baśni, a wszystkie jej fantastycznie zwariowane pomysły wspiera romans, który rozkwita między Srebrną i Mietkiem. Cały film trwa niecałe 90 minut, ale jest tak skondensowany od gęstej, pełnokrwistej (dosłownie!) atmosfery, że wydaje się znacznie dłuższy. Ostatecznie narracja jest rozwijana dzięki sile swoich złowrogich podtekstów, żądzy krwi i poczucia, że ​​każdy sen może zawsze zamienić się w koszmar.

9. Demon (2015), reż. Marcin Wrona

Demon to współczesna historia o duchach pamiętających okropieństwa Holokaustu. Rozpoczyna się przybyciem i kończy odejściem. Te sceny, z których każda rozgrywa się na tratwie płynącej po zwodniczo spokojnej wiejskiej rzece, stanowią podstawę filmu, który wywołuje dreszcze, sięgając do pamięci historycznej i wykorzystując trochę satysfakcjonującej, dosadnie staromodnej magii kina. Styl wizualny filmu, zabawy narracyjne i ważny temat sprawiają, że jest on idealnym monumentem do postawienia w jakimś modern-artystycznym muzeum. Nawet jeśli znajdziemy w nim takie rzeczy, jak nieumarła panna młoda, to wciąż są to przyjemności, których twórcy często boją się zawrzeć w swoim kinie gatunkowym. Zmarli wciąż trzymają się kurczowo żywych, zacierając granicę między przeszłością a teraźniejszością. Polski reżyser Marcin Wrona, który napisał film z Pawłem Maśloną, gruntownie przeszczepił mitologię żydowskiego Dybuka na modłę Europy Wschodniej XXI wieku. A jeśli tego by było mało, sam reżyser popełnił samobójstwo podczas pokazu swojego filmu na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Taka o to straszna ciekawostka.

10. Plac zabaw (2016), reż. Bartosz Kowalski

Oparty na przerażającym morderstwie dwuletniego Jamesa Bulgera z 1993 roku, film Bartosza Kowalskiego rozgrywa się w surowym, ponurym polskim mieście. Historia obraca się wokół trzech bardzo różnych postaci, z których każda ma swoje osobiste, a czasem straszne sekrety, które poprowadzą do szokującego zakończenia. To, co zaczyna się jako niewinna rozmowa, pod koniec wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli. Opowieść ta wydaje się stawiać przed nami fundamentalne pytanie: „nie co prowadzi do zła, ale kiedy pojawia się jego źródło?”. Po spotkaniu w pobliskich ruinach wszystko w naszych bohaterach jest inne. Jest tutaj niesamowita scena, w której Szymek i Czarek (dwójka głównych bohaterów) idą ramię w ramię przez miasto, a ich twarze są zimne i puste. Mieszkańcy z kolei zatrzymują się i patrzą na nich, jakby widzieli świt czegoś naprawdę strasznego. To niesamowity obraz, którego nigdy nie zapomnę. Tak samo, jak nie wymażę z głowy wstrząsającego zakończenia, choć bardzo bym chciał… A wiecie kim jest reżyser filmu? Tym samym człowiekiem, który stworzył parę lat później dwie części polaryzującego W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020).

11. Wieża. Jasny dzień (2017), reż. Jagoda Szelc

Po kinowym seansie pełnometrażowego debiutu nazwałem Jagodę Szelc naszym polskim Yorgosem Lanthimosem czy nawet Davidem Lynchem. Wszyscy ci twórcy z tak zwanego „ruchu surrealistycznego” wierzą w metafizyczną moc kina, w której odchodzenie od sztywnych ram naszego świata można opowiedzieć coś nowego o nas samych. U Szelc położony gdzieś w Karkonoszach dom stanowi pułapkę bez wyjścia, coś jak słynny hotel w Lśnieniu (1980) Kubricka. To właśnie owo domostwo stanowi arenę walki między dwoma siostrami, Mulą i Kają. Ta pierwsza jest silniejsza. To ona została w rodzinnym domu, by wraz z mężem opiekować się chorą matką. Rozsądna i odpowiedzialna, chce jak najbardziej wspierać swoją siedmioletnią córkę Ninę w przygotowaniach do pierwszej komunii. Kaja, tajemnicza i trochę dziwna, przychodzi na rodzinną uroczystość i wdziera się do dobrze zorganizowanego świata Muli. Dlaczego tak długo siostry się nie widziały? Dlaczego obecność Kai niepokoi resztę rodziny? Tego już dowiecie się sami! Sprawdźcie jeszcze kolejny film Jagody, Monument z 2018. To już horror bardziej gatunkowy, jednak nie ma aż takiej mocy jak właśnie Wieża. Jasny dzień.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *