Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun (2021)

Trochę wstyd przyznać, ale mimo całej mej miłości do twórczości Wesa Andersona, a szczególnie tej wczesnej, Kurier Francuski to pierwszy film tego reżysera, który widziałem w kinie. Oczywiście po zwiastunach i fantastycznych zdjęciach z planu wiedziałem dokładnie czego się spodziewać. Czy to dobrze? Czy powtórka i przetwarzanie wciąż tego samego jest okej? No cóż, jeden rabin powie tak, inny rabin powie nie. Wiem natomiast jedno, fani Wesa będą mieć kolejny powód, by się masturbować.

Podobnie jak w kilku wcześniejszych filmach Andersona, Bill Murray (tutaj wcielający się w rolę redaktora naczelnego tytułowego pisma Arthura Howitzera Jr.) gra postać centralną, mimo że ma mało czasu na ekranie. Zabieg ten jest bliźniaczym odbiciem jego roli choćby w kochanym przeze mnie Rushmore (1988). Ogólnie wiele wielkich nazwisk, jakie zdobią plakat filmu, pojawia się na ekranie dosłownie na chwilkę. A wszystko to chyba wina struktury filmu, który składa się z trzech zupełnie różnych opowieści. Ale to ciągłe obsadzenie znanych nazwisk w prawie niewidocznych rolach można uznać za obśmianie zarówno show-biznesu, jak i świata sztuki.

Zainspirowane miłością Andersona do czasopisma „New Yorker”, małe historie oparte są na przeżyciach osób zepchniętych na margines.  I ze wszystkich trzech nowelek to ta pierwsza jest według mnie najbardziej zabawna. Tilda Swinton jako krytyk impresario sztuki współczesnej dekonstruuje dzieło uwięzionego artysty Mosesa Rosenthalera (fenomenalny Benicio del Toro). Powiedzieć jednak, że są to role zmarnowane, byłoby grubą przesadą, bo to zapewne tę dwójkę widownia zapamięta najdłużej! Cała ta historia jest również najbardziej przejrzysta i emocjonalnie angażująca widza, przez co zapewnia naprawdę mocny start.

Drugi segment, Revisions to a Manifesto, czyli „Ten z Timothée Chalametem”, to najsłabsza część Kuriera francuskiego, chociaż aktorska moc Chalameta zdołała wyciągnąć z tej historii więcej, niż ona sama nam może dostarczyć. Jego chłodna, pewna siebie aparycja kłóci się ewidentnie z jego widocznie kruchą psychiką, gdy prany pod lupę przez spostrzegawczą panią dziennikarz Lucindę (Francis McDormand). Szkoda jednak, że McDormand ma mniej do roboty niż Chalamet, jej występ został sprowadzony do uważnego przyglądania się rozwijającej historii i maniakalnego wręcz zachowania dziennikarskiego obiektywizmu. Sama fabuła tego segmentu może przyprowadzić nas o niemały zamęt, jest zwyczajnie pokręcony.

Wreszcie trzecia i ostatnia historia to powrót do formy Andersona. Co prawda brakuje tutaj humoru obecnego w pierwszej historii, znajdziemy tutaj więcej melancholijnej autorefleksji emanującej od wspaniałego Jeffreya Wrighta. Jeśli pierwszy akt jest dziełem zespołowym, tak ostatni to jednoosobowy pokaz Wrighta wraz z jego subtelnymi rozważaniami na temat dobrze przeżytego życia, całkowicie hipnotyzującego, pomimo kreskówkowych wybryków kryminalnych, które go otaczają. „Kochaj w niewłaściwy sposób” – mówi bezpośrednio do widza – „a znajdziesz się w wielkim niebezpieczeństwie”.

Jak można się spodziewać, film pełen uroczych drobnych akcentów i detali, które starają uwydatnić jego wyjątkowy świat, a także zachęcają nas do zeskanowania każdego piksela tej idealnego co do cala obrazka. Anderson wykorzystuje ujęcia typu „obraz w obrazie”, aby odwrócić uwagę i zachwycić publiczność, tak jak licznik łapówek, gdy kilku gości wkrada się do więzienia, lub ujęcia doskonale przygotowanych talerzy z jedzeniem podczas obnażania planów policyjnej obławy. Każdy ruch kamery jest tak skrupulatnie zaplanowany, jak można się spodziewać, z dużą ilością zoomów i poziomych ujęć „przekrojowych”, ale przede wszystkim do każdej z nowelek wstrzyknięto pojedyncze ujęcie z ręki, tak rzadko spotykane w filmografii Wesa Andersona. Po co? Moim zdaniem ma to na celu wskazanie zmiany tempa zarówno historii, jak i postaci. Można tu wymienić dziesiątki funkcji, w tym animowane sekwencje, łamanie czwartej ściany i kręcenie jednym ujęciem, ale dnia by nie starczyło, aby omówić je wszystkie.

My, fani, oczekujemy od Andersona nieoczekiwanego. Niestety, w Kurierze Francuskim oprócz okazjonalnego, intelektualnego dowcipu nie znalazłem tych samych emocji, które towarzyszyły mi podczas seansu Genialnego klanu (2001), Kochanków z księżyca (2012) czy wspomnianego już Rushmore (1998). Swoją historię Wes osadza w brzmiącym z francuska mieście Ennui-sur-Blasé, azylu dla utalentowanych emigrantów, którzy są zbyt niezorganizowani, by pasować do formy wymaganej przez zwykłą pracę. Tworzą dziwaczne historie, w których czasami pojawiają się animowane rysunki. Ale to tylko ładne obrazki, zdjęcia, którymi można upiększyć niejeden Instagram. Jest w tym dusza, wiele serca, ale to forma przewyższająca treść. A może po prostu bebechy tej perfekcyjnie złożonej makiety nie do końca ze mną rezonowały.

Poszczególne elementy produkcji dają niepodważalne wrażenie, że wyszła perfekcyjnie przemyślana wizytówka filmowca, który ma całkowitą kontrolę nad swoim dziełem i doskonale rozumie, w czym jest świetny i wykorzystuje swoją urzekającą obsadę najlepiej, jak potrafi. Mówiąc prościej, to jest Anderson w najlepszym wydaniu swojej estetycznej obsesji. I z takim nastawieniem trzeba usiąść do tego seansu, tutaj liczy się forma, a uczucia to tylko kolejny szczegół, który dostrzeżemy może za drugim czy trzecim podejściem.

Oryginalny tytuł: The French Dispatch

Produkcja: Niemcy/USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: 20th Century Studios Polska

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *