Wcielenie (2021)

Każdy, kto mnie zna, wie, że nie w całej mojej miłości do szeroko pojętej grozy, nie jestem specjalnym fanem Jamesa Wana. Co więcej, miałem w swoim życiu nawet dłuższy epizod, kiedy otwarcie pałałem do niego hejtem, pisząc nienawistne komentarze w Internecie lub wygadując się podczas różnych dyskusji. Jad z czasem złagodniał, jednak wciąż nie miałem do niego na tyle zaufania, żeby iść w ciemno na jego kolejny film do kina. Czy żałuję? Odpowiedź zapewne znajdziecie w poniższej recenzji.

Madison Mitchell (Annabelle Wallis), będąca w ciąży i w toksycznym związku, zostaje wciągnięta w przerażającą spiralę zbrodni, gdy jej mąż ginie z rąk nadnaturalnego intruza. Kiedy jej siostra Sydney (Maddie Hasson) odwiedza Madison w szpitalu, okazuje się, że śmiertelną ofiarę poniósł również noszony przez nią płód. Zdeterminowana Madison powraca do swojego domu i próbuje go zabezpieczyć. W tym momencie zaczynają ją prześladować koszmary na jawie.

I nie są to zwykłe, surrealistyczne obrazy, a całkiem realistyczne sceny, w których poznany wcześniej napastnik morduje przypadkowych ludzi w różnych miejscach. Kiedy przekazuje te wątpliwe informacje detektywom z Seattle, Shawowi (George Young) i Moss (Michole Briana White), którzy jako pierwsi prowadzili śledztwo w sprawie śmierci męża Madison, policja zaczyna uważać Madison za podejrzaną tych wszystkich zbrodni.

Przeciętni widzowie mogą szybko się zgubić z powodu tak wielu zawartych tu wątków. Jest to prawdopodobnie pierwsza odsłona nowej franczyzy, które tak bardzo lubi dawać nam James Wan, i pewnie będą mieć one rozwinięcie w kolejnych produkcjach. Ale pod płaszczem tej rozbuchanej historii, to wciąż kino śmieciowe wykonane z miłością i kunsztem światowej klasy filmowca. Ten film jest dla kampowego horroru z lat 80. tym, czym Kill Bill (2003) dla kung-fu z lat 70. Porywający, sadystycznie brutalny i niesamowicie samoświadomy.

Nie wiem, co więcej napisać o Wcieleniu, bo najlepiej zasiąść do filmu nie wiedząc o nim nic! Ja miałem to szczęście, że załapałem się może nie na opad szczęki, ale przeszywające przyjemnym dreszczem zaskoczenie na pewno! Film rozpoczyna się w 1993 roku, po czym przeskakuje od wydarzenia do wydarzenia, pospiesznie wprowadzając wiele postaci bez czasu na nakreślenie ich ważności lub znaczenia. Przez zdecydowanie przeładowany i zawyżony budżet reżyser może rzucać w nas wieloma znanymi z kina giallo „czerwonymi śledziami”. Ale rezolutny widz szybko rozwiąże wiszącą nad historią zagadkę.

A kiedy już tajemnica zostanie rozwiązana, to… no jest grubo! Znów nie chcę mówić, o co w tym wszystkim biega, ale jest zarówno obrzydliwie, zaskakująco, pomysłowo i śmiesznie. Podobnie jest z tymi nieszczęsnymi bohaterami. Wiele postaci wydaje się być karykaturami swoich poprzednich wcieleń z innych filmów Jamesa Wana. „Kekoa” Shaw zachowuje się jak dzieciak z funduszu powierniczego, który para się pracą w policji, bo się nudzi, jego partnerka w niewytłumaczalny sposób traktuje wszystkich wokoło jako potencjalnych przestępców, a facet głównej bohaterki to z wyglądu przypomina już chodzącą patologię.

Najważniejsze jednak, że każdy element składowy klasycznego horroru jest tutaj na miejscu. Choć czasami są to rzeczy bardzo oczywiste, naprawdę działają. Wan świadomie oddaje się wielu gatunkowym kliszom, ale z bardzo wyraźnym zamiarem. Czasami nawet przenikają one do metatekstu, a postacie wydają się świadome, że działają zgodnie z tropami. Ale reżyser nie pogrąża się tutaj w parodii. To nie jest żadna farsa! Zamiast tego film zawiera wszystkie tropy stylistyczne spopularyzowane w latach 80., od pochodzenia złoczyńcy, jego wygląd i broń, po styl walki czy nadprzyrodzone zdolności. To w wielu przypadkach nie powinno działać, ale posuwa się do przodu ze śmiałością godną radzieckiego lodołamacza.

I tu wracamy znów do chęci bycia zaskoczonym. Jeśli takową posiadacie, to nie czytajcie żadnych spoilerów na temat Wcielenia i po prostu dajcie się ponieść tej fantastycznej historii. Sam oglądam bardzo dużo horrorów, a tutaj znalazło się kilka chwil, na które absolutnie nie byłem gotowy, a które dały mojemu sercu silny, mile widziany wstrząs. A, jeśli chcecie również popatrzeć na mainstreamowy film, który nie boi się popryskać trochę sztuczną krwią, to ten film również powinien Was zaspokoić.

Oryginalny tytuł: Malignant

Produkcja: Chiny/USA/Rumunia, 2021

Dystrybucja w Polsce: galapagos.com.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.