Spider-Man: Bez drogi do domu (2021)

W końcu doczekaliśmy się najważniejszego eventu filmowego roku 2k22, czyli Spider-Mana: Bez drogi do domu, trzeciej części serii o pajączku produkowanej przez Marvel Studios i będącej oficjalnie częścią bogatego MCU. Ależ ja na to czekałem i specjalnie unikałem wszystkiego, co mogło mi popsuć wrażenia z seansu. Dlatego do kina pobiegłem z jednym tylko spoilerem w głowie i wielkimi oczekiwaniami wobec tego, co dane mi będzie zobaczyć na ekranie.

Scenariusz napisany przez Chrisa McKenny i Erika Sommersa – gości odpowiedzialnych za dwie poprzednie części – nie ogranicza się tylko do zamknięcia okresu licealnego naszego Spideya. Przed śmiercią przebiegły Mysterio, antagonista poprzedniej części, ujawnił tożsamość Spider-Mana i fałszywie oskarżył go o morderstwo. Peter Parker musi zatem zmierzyć się ze złą sławą i jej następstwami, otwartą wrogością, fandomem oraz przyjęciem na wymarzony collage. Zwraca się do doktora Strange’a, który zgadza się pomóc, ale spartaczone zaklęcie otwiera multiversum i pozwala wejść do MCU złoczyńcom z alternatywnych rzeczywistości. Należą do nich kultowi złole z panteonu filmów o Spidermanie, w tym Dr Octopus (Alfred Molina) i Zielony Goblin (Willem Dafoe).

Brzmi jak przepis na wyjątkowo udane widowisko, co nie? No nie bardzo, przynajmniej w moim przypadku! A uwierzcie mi, nie szedłem do kina z nastawieniem kręcącego na wszystko nosem malkontenta. Po prostu cała ta historyjka o przedarciu się między innymi uniwersami jest tutaj naprawdę grubymi nićmi szyta i pozostawia wiele do życzenia pod względem logiki. Już nie chce wchodzić w jakieś zawiłości względem poszczególnych postaci, bo nie pamiętam tak dobrze tych starych filmów, jak internetowi rozkminiacze, ale cholera, nawet ja łapałem się tutaj za głowę! Zamiast utkanego z precyzją pająka scenariusza otrzymujemy zlepione na ślinie skrawki, które łączy tylko jedno – bycie miodem na serca fanów.

Bo Spider-Man: Bez drogi do domu to nie jest film, to zlepiony z różnych elementów fan service. Jest on uroczy i sprawia masę frajdy, to prawda, ale trudno z tego wyłuskać coś więcej. Wszystkie te momenty, kiedy na ekranie mamy trzy dotychtaczasowe aktorskie wcielenia Człowieka Pająka robią naprawdę dobrą robotę, a człowiek chciałby tego więcej i więcej. Znany z dylogi Niesamowity Spider-Man (2012-14) Andrew Garfield zdecydowanie kradnie całe show, zostawiając niezwykle drewnianego Tobeya Maguire’a i uroczego, aczkolwiek już trochę przewidywalnego Toma Hollanda daleko w tle. W jego postaci jest jakiś konkretny charakter, ma za sobą jakąś historię i udaje mu się przepracować coś w trakcie trwania tej opowieści. Maguire robi tutaj za Luke’a Skywalkera i to w sumie dobrze, bo w innej roli szczerze bym go nie widział. Ale to jednak ironiczne, że najlepszym elementem filmu o najmłodszym Parkerze jest… średni Parker.

Jednak to, co najbardziej frustruje w nowym pająku to przeczucie, że nie ma on i jego bohaterowie żadnego wpływu na świat przedstawiony. Wydarzenia tutaj zapowiadały konkretne i długofalowe zmiany w całym uniwersum, tymczasem skala całej historii jest niezwykle wręcz mikroskopijna. Wszyscy ci barwni złoczyńcy rozchodzą się po mieście w sobie tylko znanym celu, by jak na użycie magicznego gwizdka zejść się w umówionym miejscu na finałową rozwałkę. Rzucą jakimś ikonicznym dla siebie tekstem i dostają po twarzy niczym w kreskówce z lat 90. Tak naprawdę warto zwrócić tylko uwagę na Willema Dafoe, który ze swojego Goblina robi chyba najbardziej przerażający czarny charakter w MCU! Klasa sama w sobie, ale to tylko i wyłącznie robota aktora, bo scenariuszowo to wciąż jeden wielki i płytki brodzik.

Przyczepić mogę się jeszcze do strony wizualnej filmu, bo ta jest okropnie wręcz nijaka. Tak naprawdę tylko jedna scena zostanie mi w głowie na dłużej, a było to kilkusekundowe bujanie się naszego bohatera po wielkich słupach telegraficznych na tle zachodzącego słońca. Ale co z tego, jak po kolejnym cięciu zapanował już totalny mrok i walka, którą ten stoczył z jednym z antagonistów była ledwie co widoczna. Podobnie sprawa ma się z finałowym pojedynkiem, gdzie ciemność skutecznie ogarnicza nasze rozeznanie się w tym, co dzieje się na ekranie. Nie wiadomo kto jest kim, gdzie i po co się znajduje. Do tego ktoś mocno poskąpił kasy na efekty komputerowe, przez co są one nieprawdopodobnie jak na skalę produkcji słabe. Wstyd!

I choć w pierwszym akcie filmu jest pewien ujmujący (choć nieznośnie schematyczny) wątek dramatyczny, to wszystko zostaje usilnie odcięte, kiedy fabuła zaczyna gnać przed siebie na złamanie karku. A pod koniec filmu staje się to kwestią sporną. A wszystko to tylko po to, by wrócić do znanego nam już zewsząd statusu quo Petera Parkera. Z jednej strony sprawia to, że historia postaci do tego momentu wydaje się nieistotna. Z drugiej strony oznacza to również, że niebo nigdy nie jest granicą, i opowieść ta z czystą kartą może zostać napisana na nowo. Oczywiście, obowiązkowa scena po napisach zdradza nam już, kto prawdopodobnie będzie kolejnym przeciwnikiem, a może przyjacielem, Disnejowskiego Spider-Mana.

Dla mnie jednak Spider-Man: Bez drogi do domu wydaje się najgorszym rodzajem komiksowej opowieści. Istnieje tylko po to, aby narzucić widzowi fan service i stworzyć nowy fundament, na którym można się oprzeć. Może ta przyszłość będzie świetlana, ale ostatnim przystankiem na drodze, aby tam dotrzeć, jest bałagan, który tylko sprawi, że będziesz bardziej chętny do ponownego odwiedzenia przeszłości Spider-Mana niż rozmyślania o jego przyszłości. Albo już po prostu jestem za stary na tego typu wygłupy.

Oryginalny tytuł:Spider-Man: No Way Home

Produkcja: Islandia/USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: disney.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.