Matrix Zmartwychwstania (2021)

Na nowego Matrixa szedłem już z poważnym obciążeniem powszechnego narzekania, że film to nikomu niepotrzebny i zwyczajnie nieudany. Gdybym nie był umiarkowanym fanem franczyzy, pewnie po tym, czego się nasłuchałem, odpuściłbym seans w kinie i wciągnął go kiedyś przed snem. Ale po prostu musiałem przekonać się organoleptycznie, o co tyle szumu. Oczywiście jak w większości przypadków, mój gust okazał się dokładnym przeciwieństwem tego, co w opinii publicznej dominuje.

Od razu mówię, nie widziałem chwalonej wszędzie animacji Animatrix (2003), a części 2 i 3 głównej serii zwyczajnie mi się nie podobały. Za to oryginalny film to już taki kult, że urósł w mojej głowie wręcz do symbolu wejścia w nowe milenium i przewrotu w popkulturze, który na stałe zmienił jej krajobraz. Czy oczekiwałem tego po części numer 4? Oczywiście, że nie! To, co dostałem jednak przeszło moje największe oczekiwania! Ale pogadajmy wpierw o fabule.

Neo (Keanu Reeves) i Trinity (Carrie-Anne Moss) nie żyją. Nie da się temu zaprzeczyć. Poświęcili się dla zbawienia ludzkości, podróżując do miasta maszyn, aby wyjaśnić kodowi źródłowemu, że Agent Smith (Hugo Weaving) posunął się wystarczająco daleko, by zagrozić żywotności całego eksperymentu, a tym samym obu gatunkom. Trinity przeszła jako pierwsza (ale wpierw dane jej było zobaczyć prawdziwe słońce). Neo przeszedł drugi, a jego umowa o pokój z maszynami była uzależniona od wyniku walki ze Smithem. W końcu jednak zdołał zasłużyć na swój Chrystusowy moment męczeństwa. W ten sposób zakończyła się diablo niespójna trylogia, która nigdy nie mogła dorównać błyskotliwości pierwszego filmu, a potencjał kolejnych części pozostawiony został losowi i chciwości.

Pytanie brzmi więc: Jak? Przywrócenie do życia Neo i Trinity niekoniecznie jest trudną rzeczą do zrobienia w odległej przyszłości rządzonej przez maszyny o możliwościach technologicznych przekraczających nasze własne ograniczenia. Z tego, co wiedzieliśmy, Neo i Trinity, których widzieliśmy w tajemniczych zwiastunach, to nic innego jak zakodowane faksymile używane w jakiejś skomplikowanej grze zaprojektowanej przez nowego Architekta. Po dwudziestu latach w rzeczywistości i kto wie ilu fikcyjnych, Zmartwychwstania naprawdę miały czystą kartę, z której można było zbudować coś zupełnie nowego. Dlatego część czwarta to nie tylko sequel, ale i całkiem nowe otwarcie.

Jednak jeśli oczekiwaliście filozoficznego traktatu na temat przyszłości ludzkości czy epickiej rozwałki znanej z sequeli, to muszę Was zawieść! Nowy Matrix to przede wszystkim mocno ironiczna zgrywa z całego dziedzictwa franczyzy i granie przez Wachowską na nosach zagorzałych fanów. To w pewien sposób również bardzo samoświadomy meta-komentarz do tego, czym dla nas, widzów, jest Matrix. Stąd pewnie te wszystkie bluzgi kierowane w opisywany tutaj film przez widownię i krytyków, ponieważ ci nie dostali tego, czego oczekiwali. Ale czy można za to winić twórcę? W końcu to jego wizja artystyczna i ja ją w pełni kupuje. Co więcej, podoba mi się to pogrywanie i odbijanie kultowych motywów w szklanym zwierciadle.

Pamiętacie ikoniczne wejście Morfeusza i zaproponowanie Neo niebieskiej lub czerwonej pigułki? To tutaj mamy remake tej sceny, który odbywa się… naprędce w biurowym kiblu! To śmieszne, nawet bardzo. Przynajmniej mnie szczerze rozbawiło. Wiele tu znajdziemy tego typu rzeczy, więc znajomość poprzednich filmów w przypadku wyboru tego seansu jest obligatoryjna. A łączy się to również z największą moim zdaniem wadą czwartego Matrixa, wyjątkowo bezbarwnymi nowymi twarzami w obsadzie. Oprócz Neila Patricka Harrisa, który kradnie film swoją przeszarżowaną rolą Architekta, nikt inny się nie wybija. Mamy jego, Neo, Trinity i długo, długo nic. Są to tylko doczepy, które w odpowiednich chwilach mają popchać historię do przodu. Szkoda, bo jeśli ma to być nowe otwarcie, to przydałby się jakieś nowe pionki na planszy.

Fajnie wypada również wizualna strona filmu. Kolory są celowo przemyślane, ale nie w taki sposób, jakiego oczekują fani. Morfeusz nosi dużo czerwieni w garniturach, a okulary Neila Patricka Harrisa mają niebieskie oprawki. Prosta, aczkolwiek fajna analogia. Nie znajdziemy tutaj kolejnej, ikonicznej rzeczy, czyli zielonkawego filtra na kamerze, ale nie bójcie się, w logiczny i przystępny dla nas sposób wszystkie te braki zostają w pełni ugruntowane w uniwersum. Przyczepić się mogę jedynie do scen akcji, bo oprócz finałowego starcia, które pełnymi garściami czerpie z kina o zombie – zresztą scena w pociągu bardzo przypomina Zombie express (2016) – nie mamy tutaj nic zapadającego w pamięć tak mocno, jak pościg po autostradzie czy strzelanina w holu. Ale jeśli weźmiemy to za celowy wybór pani reżyser, to może być to kolejne zagranie wbrew oczekiwaniom.

Wachowska pięknie zbudowała antytezę tego, czego ludzie oczekują od starszych sequeli filmowych, tworząc taki, który jest bardziej empatyczny i serdeczny niż poprzednie. Matrix Zmartwychwstania to przejmujące i celne spojrzenie na naszą zdolność do zmiany i ciągłej pracy nad sobą samym, w którym zamiast krytyki, dostrzeżemy wręcz pochwałę ludzkości. I jeśli mam być z Wami w pełni szczery, to chyba jedna z najgłośniejszych premier 2021, która aż tak bardzo mi się podobała!

Oryginalny tytuł: The Matrix Resurrections 

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: warnerbros.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.