Wiedźmin – sezon 2 (2021)

Do drugiego sezonu oczka w głowie Netflixa zasiadałem ze skrajnym entuzjazmem, zrażony poprzednią serią oraz animowanym filmem Wiedźmin: Zmora Wilka (2021) i skażony książkami czy grą. Tym razem to ja byłem tym malkontentem, który miał już z góry ustawiony werdykt i kręciłem na wszystko nosem. I wiecie co? Zupełnie nie czuję wstydu! Bo nowe przygody siwego łowcy potworów są okropne!

Tym razem historia zaczyna się od reinterpretacji opowiadania Ziarno prawdy, w którym nasz Gerlat wraz z Ciri trafia do posiadłości Nivellena. Odejście od literackiego pierwowzoru w tym wypadku nie kłuje tak w oczy, bo pierwszy epizod wykonany jest naprawdę solidnie. Daje on również złudną nadzieję, że drugi sezon wreszcie podąża dobrym torem. Nie przeszkadza nawet ogarnie potwora odcinka, wampirycznej bruxy, niczym demona z japońskiego kina grozy. To, co następuje jednak dalej, to już otwarty plaskacz nie tylko dla fanów uniwersum, ale każdego myślącego fana fantastyki.

Każdy kolejny odcinek to działający wbrew logice, posklejany na siłę potworek (heh), który odrzuca gdzieś w kąt to, co tak barwnie i dobrze opisał Sapkowski, spłycając opowiadaną przez siebie historię do przyswajalnej dla mas papki. Wiecie, to tak, jakby Netflix wziął najbardziej ikoniczne elementy książek i gier, wrzucił je do miksera i wylał na talerz, doprawiając przyprawami, które przypomnieć mają o innych serialach fantasy, z Grą o tron (2011-19) na czele. Nie ma w tym za grosz autonomii, jakichś elementów, które pozwoliłby Wiedźminowi wybić się na tle reszty mu podobnych.

I to chyba mój główny zarzut, bo brak tożsamości najbardziej irytuje podczas oglądania tych 8 odcinków drugiego sezonu. Czytając książki, zawsze miałem w świadomości, że jest to do bólu realistyczny świat, w którym jednak istnieje magia i fantastyczne potwory. Wszystko miało swoje logiczne podstawy, a elementy fantasy mieszały się z brudną polityką czy prostym, wiejskim życiem. U Netflixa są to tylko jarmarczne sztuczki, które nakręcają kolejną kanonadę efektów specjalnych. Bo wiecie, nic tak nie emocjonuje, jak walka z wygenerowaną w komputerze modliszką.

Potwory zawsze były integralną częścią tego świata, w końcu do ich tępienia zostali stworzeni wiedźmini. W sadze temat wykonywanego przez Geralta fachu mimo wszystko nie był pociągnięty jakoś dokładnie, bo miał on też inne rzeczy do roboty. Najlepiej wypadło to oczywiście w trzeciej części gry komputerowej, gdzie naprawdę dało się poczuć, że nasz bohater jest prawdziwym ekspertem w swojej dziedzinie. Tutaj… no tutaj mamy jednego, latającego pokemona, wspomnianą już modliszkę, leszego (o którym później) i wychodzące z portalu welociraptory, które dostały scenę odwołującą się do Parku Jurajskiego (1993). Nie rozumiem, jak tak zgrabny dla serialowej formy element mógł zostać aż tak bardzo spartaczony.

A kto ugania się za tymi monstrami? Mrukliwy Geralt, który gdyby nie interwencja samego Cavilla, to już zupełnie nie miałby czego grać. Działa on niczym komputerowy bot, mający w ściśle określonej sytuacji wypowiedzieć dialog i sieknąć kogoś mieczem. Mimo że serial nazywa się wiedźmin, tego bohatera jest tutaj zaskakująco mało i pełni on minimalną dla historii rolę! Nie lepiej jest z jego ukochaną Yennefer, której charakter względem sezonu numer jeden przekręcił się o 180 stopni. Tam przynajmniej miała jakieś motywacje, które leżały u podstaw jej historii. Tutaj? Straciła możliwość władania magią przez co… zwraca się o pomoc do obracającego się domku. Obok niej, prawie jak jej rówieśniczka, stoi Ciri. O Boże, jak twórcy ją tutaj spierdolili! Dziewczę nie dość, że aktorsko mimo młodego wieku jest już dość mocno zardzewiałe, biega z wymalowanymi brwiami i mopem na głowie. Swoją manierą właśnie awansowała w moim rankingu najbardziej irytujących dzieciaków w kinie.

Miałem wrócić do Leszego, bo idealnie pokazuje on, jak bardzo twórcy nie rozumieją materiału źródłowego. Kij z tym że jedna z czwartoplanowych postaci zamienia się w drewniaka i masakruje połowę Kaer Morhen, ale to kolejny przykład tego, jak serialowy Wiedźmin stawia efekciarstwo ponad ludzkie emocje i relacje. W książce nie musieliśmy mieć przedstawionej dokładnej historii Eskela, a kilkoma sprawnymi zdaniami wiedzieliśmy, że był dla naszego Wilka niczym brat. I tak samo jest tutaj ze wszystkim innym, każdy wątek jest płytki, nie ma żadnego większego sensu i prowadzi w zasadzie donikąd. Jak już mówiłem, mam w dupie to, że przeinacza on to, co znamy z kart powieści, ale nie działa to nawet jako serialowa narracja. Głupie to po prostu, ale nie w ten przyjemny, odmóżający sposób, a raczej irytujący i dezorientujący.

A może po prostu Wiedźmin od Netflix nie jest dla mnie? Może być też tak, bo jestem tym ortodoksem, który traktuje ten tekst kultury jako coś mocno „naszego”, a każda próba przemielenia go przez popkultury język jest dla mnie skazana na porażkę. Pewnie i tak łyknę każdą produkcję sygnowaną medalionem wilka, bo przecież to wciąż świat Geralta, ale cała ekscytacja, której pierwiastek gdzieś tam jeszcze tlił się w moim sercu, zamarzła niczym po przejściu Wiecznego Zimna.

Oryginalny tytuł: The Witcher

Produkcja: Polska/USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: Netflix

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.