Na ziemi (2021)

Życie u progu ekologicznej hekatomby wyzwala w społeczeństwie oczywiste lęki, które przenoszą się na wytwarzaną przez niego kulturę. Nic więc dziwnego, że kiedy ludzkość stanęła w obliczu pandemii oraz narastających niepokojów klimatycznych, twórcy kina szybko podłapali ten temat. A gdzie indziej tego typu tematy miałby się najlepiej odnaleźć, jeśli nie w kinie grozy?

Ben Wheatley to gość, którego kino sprzedawano mi już wiele razy. Jednak nigdzie nie mogłem znaleźć na nie miejsca, zwłaszcza że seans jego Turystów (2012) okazał się dla mnie srogim rozczarowaniem. Jednak Na ziemi przyciągało mnie kilkoma przynętami – rozpoczęciem zdjęć w pierwszych dniach ogólnoświatowego lockdownu, osadzenie całości w majestatycznych lasach Wielkiej Brytanii i podlania tego wszystkiego ludyczno-psychodelicznym sosem. Podobnie jak zbliżona tematycznie Gaia, również mająca premierę w 2021 roku.

Przedstawiona w filmie historia opowiada o Martinie (Joel Fry), naiwnym młodym naukowcu, wędrującym przez dziki i zielony brytyjski las. Jego celem jest odnalezienie swojej mentorki Olivii  (Hayley Squires), a pomaga mu w tym doświadczona strażniczka leśna Alma (Ellora Torchia). Cały czas siedzimy jak na szpilkach, patrząc, jak nasza grupa zapuszcza się coraz bardziej w serce puszczy, czekając tylko, co okryje, gdy dotrze w końcu do obozu Olivii.

Wszystko to ma miejsce podczas tajemniczej pandemii, która wywarła drastyczny wpływ na świat. Na całe szczęście nigdy nie jest wprost nam powiedziane, czy pandemia z filmu jest ekstrapolacją naszej prawdziwej, czy czymś całkowicie fikcyjnym. Naukowcy, o których mowa, pracują nad opłacalnością i wydajną uprawą żywności, więc myślę, że tamta zaraza ma poważniejsze skutki dla społeczeństwa, aniżeli brak papieru toaletowego czy globalna inflacja. Oczywiście nie bagatelizuje teraz tego, co dzieje się na Świecie, po prostu w filmie mamy dużo bardziej zabójcze zagrożenie ze strony wirusów.

Przyznam się, że nie widziałem jeszcze A Field in England z 2013 roku, ale jeżeli to ma być solidny powrót do korzeni folk-horroru twórcy, to seans tamtego wydaje się wręcz obligatoryjny! Ale po kolei, bo pod warstwą prostego kina trekkingowego, Na ziemi kryje w sobie o wiele więcej warstw, niczym leśne poszycie. Odczytywany może być jako felieton na temat przekładania wiary w naturę ponad ludzkość, obraz popadającej w szaleństwo w obliczu kryzysu jednostki czy laurkę dla zmysłowych doznań. To także, jeśli oczywiście chcemy, prosty slasher, który jak na oszczędną liczebnie obsadę, ma do zaoferowania kilka naprawdę krwawych scen.

Wszystkie te typowe dla horroru chwyty są tutaj nakręcone fantastycznie! Scena nocnego pościgu przez las to esencja tego, co dobre światło i dźwięk potrafią zrobić z naszą percepcją. A jeśli dodamy do tego mającą posmak retro, minimalistyczną partyturę Clinta Mansella, która tylko podkręca poczucie drapiącego niepokoju, to otrzymamy jedne z lepszych momentów strasznie we współczesnym kinie. Nie ściemniam! Oczywiście Wheatley działa tutaj na prostym schemacie, rzucając przeciwko naszym bohaterom szaleńca z siekierą. Jednak działa to tutaj tak dobrze, tak świeżo i tak absorbująco, że mogę tylko pokłonić się w pas.

Ten wspaniały obrazek domyka jeszcze solidna obsada. Ze względu na to, że aktorów jest tutaj w zasadzie czterech, widz zmuszony niejako jest poświęcić im więcej uwagi. Joel Fry idealnie odnajduje się w roli ambitnego, nieco zarozumiałego naukowca, który będzie musiał przeredagować swoje podejście do życia. Jego koleżanka, Hayley Squires, to osoba, której praktycznie nie da się nie polubić i szybko zaczynamy przekładać swój doping właśnie na nią. Pomiędzy nimi, jak dobrze dopasowany trybik, znajduje się Ellora Torchia, która po równo dzieli światopogląd naszych podróżników. Jest i czwarty bohater, ale jego zostawię już Wam do odkrycia.

Co mnie wyrzuciło nieco ze świata filmu? Chyba tylko fakt, że moim zdaniem w Wielkiej Brytanii ciężko jest znaleźć las, który wymaga dwóch dni marszu, aby dotrzeć do jego serca. Ale nie byłem, nie znam się! Wszystko inne natomiast totalnie zachwyca, i na poziomie prostego horroru, jak i namaczanej w kwasie opowieści o przyrodzie. Bo w Na ziemi, niczym u Lema, rośliny komunikują się poprzez melodyjny śpiew. To prawdziwa uczta dla zmysłów, taki piknik na łonie natury, w którym dobremu jedzeniu towarzyszy też wór magicznych grzybów.

Oryginalny tytuł: In the Earth

Produkcja: Wielka Brytania, 2021

Dystrybucja w Polsce: player.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.