King’s Man: Pierwsza misja (2021)

Mogę się nazwać umiarkowanym fanem uniwersum King’s Man. Pierwszy film z 2014 roku mnie zachwycił, zakochałem się w nim miłością szczerą. Jego późniejszy sequel to była równia pochyła i ogromne rozczarowanie. Dlatego też na część trzecią, będącą w zasadzie prequelem i swoistym originem szedłem z nijakimi oczekiwaniami. Prosiłem tylko w duchu, by nie było to nic gorszego niż dwójka.

Dlatego moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy okazało się, że nosząca podtytuł Pierwsza misja okazała się czymś, na co nie byłem totalnie przygotowany! Widać, że reżyser Matthew Vaughn miał tutaj naprawdę wolną rękę, a w porównaniu z wykalkulowaną przez producentów i studio częścią drugą, to już w ogóle totalna przepaść. I bardzo dobrze, bo jest to film dziwny, szalony, ale w pełni autorski. Wierzę, że Vaughn w 100% spełnił swoją wizję.

Ma to jednak swoje przełożenie na odbiorze filmu, bo z tego, co zauważyłem, niewiele jest osób, którym się on szczególnie podoba. Dla tych, którzy oczekiwali powtórki z oryginału, będzie to seans czasami zbyt ciężki. Lwią część historii stanowi bowiem relacja z frontu I Wojny Światowej, na który trafia nasz główny bohater. Vaughn nakręcił tutaj swoją Dunkierkę (2017) i 1917 (2019), tylko doprawił ją oczywiście nutą szaleństwa. Fantastyczna jest scena, kiedy naprzeciw siebie stają dwie ekipy zmuszone do mordowania się w kompletnej ciszy. Trochę tu z horroru wojny, trochę z horroru groteski, mi się podobało.

W pewnym momencie nasi bohaterowie, a Ci tworzą całkiem fajny zespół z Ralphem Fiennesem na czele, wyruszają do carskiej Rosji, by zmierzyć się z samym Rasputinem. I wszystkie sceny z tym brodatym hochsztaplerem to czyste, filmowe złoto. Tak mocno przeszarżowanej gry aktorskiej, jak Rhys Ifans w roli Rasputina nie widziałem dawno, a w mainstreamowym kinie to już w ogóle. Każde jego pojawienie się na ekranie budzi skrajne emocje, od lęku, przez szacunek na nieprzyjemnym zażenowaniu kończąc. Ale o to chyba chodzi, nie?

Pierwsza misja wydaje się dwoma filmami przeciętymi na pół. Pierwszym z nich jest wprowadzenie Oksforda (Finnes) i jego syna (Harris Dickinson) Conrada, a kończy się po tym, jak angażują się w przezabawną i fajnie pomyślaną walkę ze wspomnianym Rasputinem. Może być to dla widzów dziwną niespodzianką, ponieważ w zwiastunach tak bardzo podkreślono rolę Rasputina, który tutaj jest jedynie przeszkodzą na drodze, jednym z wielu bossów gry. W takich momentach Vaughn osiąga te same absurdalne wyżyny akcji pierwszej części.

Po pokonaniu Rasputina reszta fabuły staje się dziwnym miszmaszem tonów i zwrotów akcji. Vaughn wydaje się chcieć dać nam wręcz antywojenną epopeję. Jego bohaterowie chcą pokoju, ale Conrad spieszy się w kamasze. W tym czasie główny zły werbuje komunistycznego rewolucjonistę Władimira Lenina (August Diehl), aby rozpoczął rewolucję rosyjską. Niezgodność historyczna nie powinna mieć znaczenia w komedii, ale Vaughn podąża za działaniami Lenina z ponurą aurą, tak samo prezentując nam brutalną walkę w okopach, podczas której na śmierć wysyłane zostają całe zastępy młodych chłopaków.

Dlatego też film sprawia wrażenie wielu różnych kolorów rozlanych na płótnie bez większej spójności, z wyjątkiem potrzeby bycia na bakier z różnymi historycznymi nazwami i wydarzeniami. Teoretycy spiskowi prawdopodobnie zbyt poważnie potraktują ostatnią scenę, kiedy Lenin zostaje przedstawiony przez innego tajemniczego złoczyńcę konkretnemu, wąsatemu Niemcowi, który pomoże szerzyć globalny chaos. Co dziwne, nigdzie w tych scenach nie ma śladu Trockiego ani Stalina, ale już kij z tym!

Ogólnie rzecz biorąc, to wciąż całkiem fajna dostawka do pudła popcornu i wiadra coli (zero!). Zapewne fabuła tego filmu wyleci mi z głowy gdzieś w połowie pisania tego tekstu, ale co tam, nie żałuję wizyty w kinie. Czasami moje usta wykrzywiły się w grymasie żenady, czasami w szczerym uśmiechu, ale śledziłem całą tą zagmatwaną akcję i czekałem, aż ten główny zły w końcu ukaże nam swe oblicze i dostanie należny mu wpierdol. I właśnie to dostałem! Czy będę czekał na kolejną część? Jeśli podąży ona za ciosem tego filmu, to czeka nas chyba ekranizacja Return to Castle Wolfenstein (2001).

Oryginalny tytuł: The King’s Man

Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2021

Dystrybucja w Polsce: disney.pl

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.