Podwodne życie ze Stevem Zissou (2004)

Fascynujące jest oglądanie kolejnych filmów Wesa Andersona jako ktoś, kto do tej pory był na jego twórczość zupełnie obojętny. Ba! Nawet swojego czasu urządzałem sobie żarty z jego fanów, gdyż kojarzyli mi się z takimi przeintelektualizowanymi hipsterami, którzy swoje (a w ich mniemaniu bardzo wysublimowane i mało popularne) poczucie estetyki opierali właśnie na jego filmach. Oczywiście tylko krowa nie zmienia zdania, a ja obudziłem swoją sympatię do Wesa po seansie Rushmore (1998) i Genialnego klanu (2001).

Na całe szczęście Podwodne życie ze Stevem Zissou z 2004 roku nie było pierwszym filmem tego symetrycznego świra, który widziałem, bo pewnie nie zapałałbym do niego aż taką sympatią, by mielić jego filmografię od A do Z. Oczywiście, wciąż nie jest to film zły, ale z tych, które dotychczas widziałem, plasuje się zdecydowanie gdzieś w ogonie (a raczej tylnej płetwie heh).

Scenariusz napisany wspólnie przez Andersona i Baumbacha (co czyni go pierwszym, którego współautorami nie są Owen Wilson i Anderson), opowiada nam historię ekscentrycznego, niegdyś szanowanego oceanografa Steve’a Zissou, którego wygłupy na dnie morza posłużyły za podstawę serialu telewizyjnego oraz wielu filmów dokumentalnych. Jednak sława Zissou przygasa i, pomimo wciąż sporym pokładom arogancji, w tej chwili czuje się bezbronny, melancholijny i zdesperowany, by odzyskać dawną chwałę.

Organizowaniem zabawy Zissou, a także jej filmowaniem, zajmuje się jego spora, wielokulturowa ekipa – w tym jego oddany, ale emocjonalnie kruchy niemiecki inżynier Klaus (Willem Dafoe) – znana pod nazwą Team Zissou. Marynarze w czerwonych, wełnianych czapkach ze stretchem i poliestrowych, akwamarynowych mundurach wyglądają bardziej komicznie niż autentycznie, co pasuje tylko do tego, że ich entuzjazm przewyższa ich umiejętności.

Podwodne życie ze Stevem Zissou to w zasadzie meta-komentarz Andersona do ogólnie pojętego tworzenia kina. 35-letni wówczas Anderson portretuje twórczą melancholię, choć to w zasadzie jego czwarty, głośniejszy film. W jego dziełach zawsze zaszyty jest jakiś posmak smutku, ale nigdy nie był on bardziej wyraźny i nigdy nie służył jako tak ciężka kotwica dla delikatnych, kapryśnych popisów na pierwszym planie. Podobnie jak jego zmęczony bohater grany przez Billa Murraya, film wydaje się czasami pozbawiony energii, a nawet pogodzony z porażką, pomimo tych wszystkich pastelowych kolorów i czasami czerstwych gagów.

Podobnie jak dwa wspomniane przeze mnie filmy Andersona, ten również opowiada o wadliwym, głęboko skonfliktowanym mężczyźnie w średnim wieku, którego arogancja i pewność siebie padły ofiarą przytłaczającego poczucia omylności, a nawet totalnej porażki. Swoje poszukiwania rekina-jaguara, a co ważniejsze, relację z młodym mężczyzną, który prawdopodobnie jest jego synem, postrzega jako sposób na odzyskanie, a może nawet odkupienie samego siebie.

To oczywiście już mocno wyświechtane, nawet jak na film numer cztery, ale Wes Anderson ma talent do układania przaśnej, głupkowatej komedii z nieoczekiwanym poczuciem patosu i melancholii. Humor, który jest zarówno wizualny, jak i werbalny, czasami okazuje się dziecinnie wręcz prosty, ale ogólnie trafia w nasze serca. Jednak Podwodne życie jest nieco bardziej chaotyczne niż inne filmy Andersona, widać to nawet po mniej przemyślanej (może nieprzypadkowo?) scenografii. Chyba ciężko było mi znaleźć jakąkolwiek emocjonalną więź z którymkolwiek z bohaterów, a wszystko to przez narracyjny bałagan, który popycha film w niezdrowy dla niego tryb przyśpieszenia. Za dużo się tu po prostu na raz dzieje.

I szczerze żałuję, że Anderson z taką obsadą na pokładzie (heh) pozostawił mnie zupełnie obojętnego. Dlatego dla mnie największą gwiazdą tego tytułu jest scenograf Mark Friedberg. Łódka Zissou, Belafonte, jest nam przedstawiana w modelarskim przekroju, niczym domek dla lalek, dzięki czemu jesteśmy w stanie zajrzeć do każdej kabiny na każdym poziomie i obserwować, jak załoga kręci się niczym myszy w laboratorium. Zresztą nerdowski zachwyt nad technologią z początku lat 70. to jeden z bardziej udanych elementów tego dziwacznego, chaotycznego i zupełnie beznamiętnego dla mnie filmu.

Oryginalny tytuł: The Life Aquatic with Steve Zissou

Produkcja: USA, 2004

Dystrybucja w Polsce: vod.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.