Krwawy biwak (1983)

Początek lat osiemdziesiątych, to okres, w którym kino grozy zostało opanowane przez rozmaite slashery.  Wielu twórców widziało w tym podgatunku łatwą okazję na szybki zarobek i sławę. Nic w tym dziwnego, przecież wcześniejsze sukcesy Carpentera, czy Hoopera, tylko utwierdziły ich w przekonaniu, że małym nakładem finansowym można zdziałać cuda, a młoda, amerykańska publika, której przerażające wyczyny takich osób jak Ted Bundy czy Zodiac nie były obce, czym prędzej popędzi przed srebrne ekrany. Chęcią dołożenia własnej cegiełki do masowo produkowanych opowieści o głupich nastolatkach i pokracznych mordercach, wykazał się między innymi rozpoczynający wtedy swoją filmową karierę Andrew Davis. Późniejszy reżyser Liberatora (1992) i Ściganego (1993), w 1981 roku nakręcił bowiem własny slasher, o jakże enigmatycznym tytule Krwawy biwak, jednak po problemach ze znalezieniem dystrybutora pojawił się w kinach dopiero dwa lata później.

Film opowiada o grupce znajomych, którzy wybierają się na wspólne czyszczenie koryta górskiego potoku gdzieś w głębi lasu. Po dotarciu na miejsce, przygotowują prowizoryczne obozowisko, a kiedy zachodzi słońce, zaczynają opowiadać sobie straszne historie. Nazajutrz jeden z obozowiczów znika, a reszta, na własną rękę, rozpoczyna poszukiwania zaginionego.

Scenariusz do filmu Davisa został napisany przez trio: Jon George, Neill D. Hicks i Ronald Shusett, którym udało się stworzyć ciekawą mieszankę, przywodzącą na myśl mix świetnego Rituals (1977) Cartera z Piątkiem 13-tego (1980) Cunninghama. Możemy więc liczyć na slasher z elementami survivalu, bo tego, podczas tej półtoragodzinnej, leśnej potyczki, na pewno nie zabraknie. Jest jednak coś, co choć mi osobiście bardzo przypadło do gustu, to wiem, że większość widzów może po prostu zmęczyć. Mowa o tempie dzieła Davisa, bo rozkręca się bardzo powoli. Reżyser zdecydowanie większą uwagę przywiązuje do perypetii bohaterów i ich prób wydostania się z zielonego piekła, aniżeli bezszelestnego śledzenia kolejnych morderstw bezbronnych nastolatków.

Dziwić może troszkę inne podejście do całej konwencji. Oczywiście żelazne zasady gatunku zostały zachowane, ale na gigantyczny kill count bym nie liczył. Jest skromnie, ale każde zabójstwo odciska jakieś piętno na zachowanie i wzmacnia relacje pomiędzy bohaterami. Skoro już o nich mowa, to podoba mi się to, że mimo wszystko potrafią ze sobą współpracować, zastawiać pułapki, a nie biegają bezmyślnie po lesie, stając się łatwym celem dla polującego psychopaty. Chociaż, żeby pozostać sprawiedliwym, to w dwóch momentach złapałem się za głowę, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w tej konwencji uniknąłby jakiś niefortunnych wpadek. Niestety to wszystko co odróżnia ich od innych typowych dla slashera, kartonowych postaci. Fani gore również nie będą usatysfakcjonowani, bo choć krew co jakiś czas leje się na ekranie, to same zabójstwa nie są specjalnie efektowne, a większość z nich dzieje się poza kadrem.

Krwawy biwak zdecydowanie klimatem stoi. Jest to w głównej mierze zasługa samego reżysera, który by uniknąć problemów z związkami zawodowymi, przybrał pseudonim Andreas Davidescu i stanąwszy za kamerą stworzył coś naprawdę imponującego. Bo nie można przejść obojętnie obok tych pięknych, establishmentowych ujęć amerykańskiego lasu, szerokich, statycznych kadrów i zbliżeń, które paradoksalnie tworzą w tej ogromnej, otwartej przestrzeni iście klaustrofobiczny klimat. Natura w filmie Davisa jest czymś obcym, niebezpiecznym, a za sprawą pracy kamery staję się pełnoprawnym bohaterem, którego okiełznanie może okazać się kluczowe. Ważna jest również muzyka autorstwa Susan Justin, która choć swoim brzmieniem bardziej przywodzi na myśl jakieś obskurne giallo, aniżeli camp slasher. A to w połączeniu z pięknymi zdjęciami dodaje jedynie produkcji uroku.

Niestety dziś dla wielu spotkanie z Krwawy biwak może okazać się ciężką przeprawą. Archaiczne i wtórne dzieło, które pomimo licznych plusów i kilku ciekawych rozwiązań dla niedzielnego widza nie będzie niczym więcej niż rozwleczonym średniakiem. W moim odczuciu jest to jedynie pozycja dla koneserów podgatunku, którzy znajdą w nim coś, co odróżnia go od innych, tanich produkcji tamtych lat. Ja bawiłem się świetnie, ale rozumiem też, że taki typ rozrywki nie każdemu przypadnie do gustu.

Oryginalny tytuł: The Final Terror

Produkcja: USA, 1983

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.