Mieszkaniec podziemi (1988)

Mówi się, że nie ocenia się książki po okładce. Jednak popatrzcie na to piękne wydanie filmu Cellar Dweller – wydanego u nas pod tytułem Mieszkaniec podziemi – i zadajcie sobie pytanie „jak tu nie sięgnąć po taki film?”. Zwłaszcza, że film ten promuje się nazwiskiem ikony pulpowego horroru Jeffrey’a Combsa i scenariuszem twórcy Laleczki Chucy, Dona Manciniego!

Colin Childress (Jeffrey Combs) zrewolucjonizował komiks grozy poprzez swoją serię Cellar Dweller, ale postradał rozum, seria nagle się urwała. Teraz Whitney Taylor (Debrah Farentino) postanowiła kontynuować dzieło Colina, przenosząc się do artystycznej komuny gdzieś w głębokim lesie prowadzonej przez panią Briggs (Yvonne De Carlo). Colin miał pewien sekret, a Cellar Dweller nie był tylko papierowym komiksem. Whitney wkrótce odkryje inspirację autora, a krew spłynie po obitych boazerią ścianach posiadłości…

Ku mojemu rozczarowaniu, wspomniany Jeffrey Combs pojawia się tylko w scenie otwierającej, zanim film na stałe przedstawi nam dość mierną warsztatowo obsadę. Co więcej, jeden z aktorów, Brian Robbins, posiada chyba najbardziej absurdalny, psychopatyczny uśmiech, który jest po prostu nie na miejscu. Czuć tutaj amatorkę, ich gra „trąci myszką”, a widz tylko czeka, aż trafią pod łapy snującego się po ekranie potwora.

I to jest główna gwiazda przedstawienia! Wygląda on imponująco, w końcu jego twórca, John Carl Buechler, pracował nad kultowym tu i ówdzie filmem Ghoulies (1984). Jako fan praktycznych efektów specjalnych zapewniam Was, że znajdziecie tutaj trochę frajdy i takiego oldschoolowego uroku! Szkoda tylko, że wyczyny samego demona już takie imponujące nie są, bo poza jedną sceną dekapitacji nie znajdziemy tutaj nic. Czy to wystarczy, żeby zachęcić Was do seansu? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.

Bo Mieszkaniec podziemi pod żadnym względem nie jest horrorem! To raczej taki list miłosny do amerykańskiego komiksu grozy, który postawić możemy tak dwie półki niżej od fantastycznych Opowieści z krypty (1989-1996) czy Creepshow (1982). Półkę niżej, bo ani fabuła, ani bohaterowie nie pozwalają mu wystawić łba ponad ostatnie miejsca podium. Jak już wspomniałem, tylko sporadyczne ekscesy wielkiego, włochatego demona z pentagramem na szyi potrafią jakoś tam podnieść ciśnienie.

A szkoda, bo ogólny pomysł na to, by fabuła tak mocno trzymała się sztuki komiksu, jest naprawdę ciekawy. Przyjemnie ogląda się to, jak nasza bohaterka przenosi na papier swoje brutalne pomysły, które potem jeden do jednego odgrywane są „na żywca”. Pojawiające się skórki od bananów, na których ślizgają się postacie podczas ucieczki przed potworem, są śmieszne, ale to kolejny dowód na to, że film ciągnie bardziej ku slapstickowej komedii, aniżeli horroru z krwi i kości.

Reżyser robi wszystko, co w jego mocy, aby film nie pogrążył się w zastoju, przywołując gotycką atmosferę i bawiąc się oświetleniem, zoomami i kątami. Chociaż na ogół niewiele się tutaj dzieje, pod względem takim czysto technicznym ciężko się do czegoś przyczepić. Szkoda właśnie, że twórcy nie podlali wszystkiego większą ilością juchy, bo wtedy otrzymalibyśmy całkiem śmieszny pastisz, który nieco bardziej odbiłby się w annałach kina śmieciowego.

Choć jest dość oczywiste, że Mieszkaniec podziemi został wyprodukowany przy minimalnym nakładzie czasu i pieniędzy, nieco do góry wypycha go dość ciekawy pomysł. Poziom kreatywności w każdym projekcie Buechlera będzie znacznie wyższy niż przeciętny horror, i nie ma wątpliwości, że ten film w rękach kogokolwiek innego byłby czymś, co mogłoby zgnić w piwnicy. Tak otrzymaliśmy zupełnie nieangażującą produkcję, która jednak nadaje się jako całkiem szczelna wata do wypchania nudnego popołudnia.

Oryginalny tytuł: Cellar Dweller

Produkcja: USA, 1988

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.