Teksańska masakra piłą mechaniczną (2022)

Mająca swoją premierę w 1974 roku Teksańska masakra piłą mechaniczną Tobe Hoppera to dla mnie i dla wielu innych miłośników kina, coś więcej, niż tylko zwykły slasher. To przede wszystkim film o ówczesnych lękach Ameryki, o ludziach z południa, którzy poprzez jego industrializację stracili pracę i pozostawieni sami sobie szukają ujścia swojej frustracji. A odnajdują go w najeżdżających ich spokojną okolicę mieszczuchach, przeciwko którym w ruch idą narzędzia ich byłej pracy, młoty, noże rzeźnickie i tytułowa piła mechaniczna.

I na zaktualizowaną wersję tej 50-letniej historii czekałem pełen sprzecznych emocji. Z jednej strony to dobry czas na reaktywacje kultowych straszaków, dostaliśmy choćby fantastyczne Halloween (2018) czy zaskakująco świeżą i dobrą Masakrę na przyjęciu (2021). Z drugiej strony franczyza ta trafiła pod korporacyjne łapy Netflixa, który zdecydowanie nie należy do grona moich ulubionych „wytwórni filmowych”. Co mogło pójść nie tak? Wszystko, choć przede wszystkim bałem się zatracenia przez markę swoich obskurnych korzeni, które widoczne były w poprzedzającym dzisiejszy tytuł Leatherface (2017).

Obawy te oczywiście się ziściły, choć teraz trudno mi myśleć o nich, jako o wadzie. Film jest oczywiście nakręcony porządnie, niektóre zdjęcia naprawdę zachwycają – jak sekwencja z wyłaniającym się z pola słoneczników psychopatą – a efekty gore robią piorunujące wrażenie! Teraz wiem, że seria potrzebowała pewnej ręki twórcy i trochę więcej kasy na produkcję, bo pod względem czysto wizualnym, jest to naprawdę piękny obraz! Gorzej już oczywiście ze wciśniętą tutaj historią.

Bo co my tu mamy? Grupę wielkomiejskich hipsterów, która najeżdża na pierwszy rzut oka opuszczone, zapadłe miasteczko gdzieś pośrodku teksańskiego pustkowia. Bohaterowie są do bóli płascy i oprócz tragicznej przeszłości jednej z dziewczyn, nie dostajemy żadnej emocjonalnej kotwicy, by w jakikolwiek sposób im kibicować. Młodzi chcą przekształcić wiejące pustką ulice na zagłębie modnych knajpek, sprowadzając w tym celu cały autobus gotowych iść pod nóż mieszczuchów. Wszystko to prowadzi do przebudzenia się prawdziwej natury wielkiego Leatherface, który przez te wszystkie lata wiódł spokojne życie u boku swojej przyszywanej matki. Swoją drogą kobieta ta musiała mieć dla niego dobrą dietę, skoro ten wyrósł na prawdziwego ogra!

Oglądając najnowszą Teksańską masakrę… miałem wrażenie, że film ten stoi w rozkroku między wspomnianym Halloween z 2018 roku, a jego kontynuacją Halloween zabija (2021). Twórcy wręcz masturbują się postacią zamaskowanego psychopaty, komponując ujęcia tak, byśmy mogli jak najwięcej się nim zachwycać. Większy budżet pozwolił również na to, że jego krwawe wyczyny w końcu nie ustępują dokonaniom Jasona z serii Piątek 13-tego. Rzeźnia, jaką dokonuje on w autobusie pełnym młodych deweloperów to być może najkrwawsza rzecz, jaka kiedykolwiek zagościła na Netflixie. I mi się to naprawdę podoba.

Leatherface jest prawdziwą gwiazdą tego filmu, a w obiektywie Davida Blue Garcii prezentuje się on odpowiednio dostojnie. Jednak to, co nowa Teksańska… robi źle, to chyba cała reszta. Niby twórcy silą się tutaj na jakiś komentarz społeczny, ale są to tylko rzucane w pustkę frazesy o powiewających tu i ówdzie flagach konfederacji czy cancel culture. Był tutaj zalążek, by obnażyć i obśmiać amerykański kult broni palnej i z początku miałem szczerą nadzieję, że właśnie w tym kierunku to wszystko zmierza. Co się okazuje finalnie? Straumatyzowana szkolną strzelaniną bohaterka dochodzi w końcu do wniosku, że jedynym sposobem na tymczasowe zatrzymanie oprawcy jest… strzelba lub karabin szturmowy.

No i oczywiście, wzorem przywoływanego już któryś raz Halloween (2018), wraca główna bohaterka wydarzeń z oryginalnego filmu. Kiedyś skromne dziewczę epoki dzieci kwiatów, która jako jedyna przeżyła „najbrutalniejszą zbrodnię w historii Teksasu”, dzisiaj twarda pani szeryf z shotgunem na plecach. Jej wątek jest wciśnięty trochę na siłę, pokazując nam w zasadzie tylko tyle, że tamta aktorka jeszcze żyje i że twórcy też mają swoją Laurie Strode. Na całe szczęście jej wątek ma dość zaskakujący finał, co odcina kolejne części od historii Michaela Myersa. Bo oczywiście film zapewne otrzyma sequel.

Mimo wielu negatywnych głosów, jakie docierały do mnie w dniu premiery, wieczorny seans jak zwykle zweryfikował mój gust. Bo film tak szczerze mi się podobał! Co prawda nie jest to pod żadnym względem dzieło wybitne, a ciekawszy już wydawał mi się poprzedni Leatherface utrzymany w konwencji obskurnego kina grozy. Fani slasherów nie będą zupełnie zaskoczeni i otrzymają solidną, zamkniętą w rozsądnym czasie rozrywkę z kilkoma pamiętnymi momentami. Dla wszystkich innych będzie to być może seans wręcz odmóżdżający, bo poza tasowaniem się do brutalnego mutanta z piłą mechaniczną w ręku nie znajdziemy tutaj nic więcej.

Oryginalny tytuł: The Texas Chainsaw Massacre

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: Netflix.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.