Śmierć na Nilu (2022)

Uwierzcie mi, nigdy sam z siebie nie poszedłbym na film, który zapowiada się jako najbardziej miałkie, kryminalne widowisko, jakie można sobie wyobrazić. Co więc spowodowało moją wizytę w kinie? Namowy kumpla i brak jakiejkolwiek alternatywy na spędzenie niedzielnego wieczora. Na całe szczęście profilaktycznie zaopatrzyłem się wcześniej w 200 mililitrów czegoś mocniejszego i rozsiadłem się w fotelu kina.

Film rozpoczyna się retrospekcją z okopów I Wojny Światowej, kiedy Poirot (w tej roli Kenneth Branagh, oczywiście wygładzony przez CGI) był tylko niezdarnym młodym żołnierzem. Oczywiste jest, że scenariusz próbuje zbadać inny wymiar fajnej i wyrachowanej postaci Poirota, ale wydaje się tak oddzielony od reszty, że nawet widzowie niezaznajomieni z oryginalną powieścią mogą szybko zorientować się, że jest to tylko zbędny dodatek. A ja właśnie jestem takim widzem, który postać Herculesa Poirot zna tylko z serialu oglądanego za dzieciaka, nie widziałem nawet Morderstwa w Orient Expressie (2017).

Właściwa akcja filmu rozgrywa się jednak w scenerii 1937 roku. Poirot zostaje zatrudniony przez zamożną, towarzyską Linnet Ridgeway (Gal Gadot) i jej nowego męża Simona Doyle’a (Armie Hammer), aby obserwować i chronić ich ślub przed zazdrosną byłą narzeczoną Simona, Jacqueline de Bellefort (Emma Mackey). Nowożeńcy i ich goście próbują uciec z Jacqueline luksusowym rejsem łodzią po Nilu, ale w klasycznym stylu Agathy Christie ktoś ginie zaraz po wypłynięciu.

Nie chce robić z siebie nie wiadomo jakiego rozkminiacza, ale udało mi się odgadnąć motyw i głównych sprawców zamieszania praktycznie od wybuchu intrygi. Nie znając literackiego pierwowzoru! Łudziłem się do końca, że finał jakoś mnie zaskoczy, że twórcy śladem nowego Krzyku (2022) będą się chcieli pobawić naszymi oczekiwaniami. Ale no tak się nie stało, a film trafił na szczyt mojej listy najbardziej przewidywalnych kryminałów, jakie kiedykolwiek widziałem!

A winę ponosi po części obsada, ponieważ choć Gadot i Hammer starają się, jak mogą, w ich relacji nie ma żadnej chemii! To samo tyczy się całej reszty. Wszyscy grają tutaj z taką nadętą manierą, że od razu można sobie poukładać w głowie to, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Do tego ich charaktery są pisane naprawdę grubą kreską i zwyczajnie nie pasują do współczesnego scenariopisarstwa. Jeśli już na ekranie pojawi się osoba o innym kolorze skóry niż śnieżnobiały, to jest ona albo sługą, albo muzykiem zabawiającym resztę. Wstyd! Może jest tutaj jakiś zalążek czegoś ciekawego, romansu naprzeciw kulturowych naleciałości, ale to tylko wydmuszka, puste echo gongu, którym potraktowano również wątek LGBTQ+.

Archaiczna narracja kontrastuje z częstymi niczym grzyby w jesiennym lesie, paskudnymi efektami komputerowymi. Czuć bijącą zewsząd sztuczność, która jeszcze bardziej utwierdza nas w tym, że oglądamy tylko inscenizację, zamiast prawdziwych wydarzeń. Monumentalność egipskich budowli powinna zapierać dech w piersiach, a tutaj staje się tylko wygenerowanym naprędce tłem, które nic w zasadzie nie wnosi do opowiadanej historii. W sumie film mógłby się dziać na Wiśle, a bohaterowie mogliby się zatrzymać, nie wiem, w komputerowo wykreowanym Płocku. Nuuuuuda.

Nic w estetyce filmu, może poza wysublimowaną scenografią w stylu art deco autorstwa Jima Claya i pracą stworzonym projektantów kostiumów, nie jest szczególnie ekscytujące. Scenariusz wypada tylko trochę lepiej. Pomimo tego, że jest osadzony w następstwie jednego z największych krachów rynkowych wszech czasów, historia po prostu nie umie się w tym odnaleźć, ledwo nawiązując w ogóle to tego tematu. Ponieważ centralna tajemnica jest głęboko dotknięta kwestiami klasowymi i statusowymi, jest to zdumiewający i kardynalny wręcz błąd! Wielki Kryzys pojawia się dopiero po osiemdziesięciu minutach filmu!

Śmierć na Nilu to kino zupełnie nijakie, które na domiar złego, marnuje cały drzemiący w historii potencjał. Myślę, że gdybym spędził ten niedzielny wieczór w domu, oglądając kolejnego idiotę na YouTube, to byłby to czas spędzony lepiej. Dlatego też odradzam Wam sięganie po ten tytuł, chyba że naprawdę dość macie ptaszków i rybek z programów przyrodniczych, a na gwałt potrzebujecie jakieś „patrzydła” do niedzielnego kotleta. W każdym innym razie omijać szerokim łukiem!

Oryginalny tytuł: Death on the Nile

Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2022

Dystrybucja w Polsce: 20th Century Studios Polska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.