Euforia – sezon 2 (2022)

Choć moje prywatne życie zawsze było dalekie od tego, co serwowały nam na przestrzeni lat różne seriale dla nastolatków, z kultowymi Skinsami (2007-13) na czele, to w pierwszym sezonie Euforii zadurzyłem się po uszy. I chyba nigdy nie był to serial, który jakoś rezonował z moim własnym jestestwem i jego problemami, a śledziłem go po prostu jako fikcyjną, przestylizowaną opowieść o ludziach. No okej, zawsze zazdrościłem tych wszystkich ekranowych imprez, kolorowych tabletek i jeżdżenia pick-upem jednocześnie pijąc browar.

Oglądając sezon numer jeden, miałem również poczucie, że obcuję z czymś wielkim, czymś, co jeszcze przez następne lata będzie analizowane i nad czym będą zachwycać się wszyscy (pseudo)inteligentni hipsterzy. Zachwyciłem się również i ja, bo już nawet na poziomie przesyconej, tumblerowo-brokatowej estetyki serial ten lśni niczym perła pośród wielu mu podobnych. Porównując Euforię do takiego Sex Education (2019-) wygląda tak, jakby ktoś położył obok siebie wymuldaną, tanią landrydę i najdroższe praliny. I to jest pierwszy powód, aby po serial Sama Levinsona sięgnąć.

Otwierająca serial seria numer jeden przedstawiła nam całą plejadę postaci, które, choć odrysowane grubą kreską, z czasem okazywały się naprawdę zniuansowanie. Dzieciaki urodzone w cieniu tragedii 11 września, dorastające w czasach social mediów i coraz to mocniejszych narkotyków idealnie oddają ducha naszych dziwacznych czasów. Choć posypane brokatem czy przyodziane we wszystkie te markowe ciuchy, w środku przeżywają swoje własne, emocjonalne kataklizmy. Narratorka tych wydarzeń, rachityczna i zarzucająca wszystko, co popadnie Rue (Zendaya), w pierwszym sezonie grała oczywiście pierwsze skrzypce, tutaj sprawy mają się nieco inaczej.

Levison wyciąga teraz z drugiego planu postacie, otwierając cały sezon perfekcyjnie zmontowaną retrospekcją z dorastania lokalnego dilera Fezco (Angus Cloud). Już na starcie pokazuje nam, że nie jest to wyidealizowana, pełna naiwnego romantyzmu przypowieść dla nastolatków, a widok dzieciaka dzielącego kolejne porcje koksu tylko nas w tym utwierdza. Wybór właśnie Fezco na jedną z głównych postaci sezonu numer dwa był dla mnie oczywisty, bo gość o aparycji nieodżałowanego Maca Millera skradł serca wielu fanów już poprzednio. Zaskakujące było jednak to, jak wiele miejsca poświęcono również tragicznej bądź co bądź przeszłości ojca jednego z bohaterów oraz zamknięcie historii poprzez reżyserski talent Lexi (Maude Apatow), chyba „najnormalniejszej” postaci tego serialu.

Euforia numer dwa również bliżej jest ziemi poprzez sposób, w jaki została nakręcona. Nie brakuje tutaj onirycznych wizji czy dość prostej – jak to na amerykańskie kino przystało – symboliki, jednak zamiast wszechobecnego brokatu i neonów, mamy tutaj raczej syf narkotykowych melin kontrastujący z sypialniami naszych nastoletnich bohaterów. Oczywiście dalej wszystko jest dość umowne i naprawdę trzeba mieć bardzo ograniczone pole postrzegania rzeczywistości, aby brać to wszystko na serio. Ale nawet sam twórca porównuje swój serial do podkręconej psychodelikami imprezy. I jeśli pierwszy sezon był właśnie tym momentem szczytowym, tak drugi przypomina ten późniejszy etap imprezy, kiedy może wydarzyć się prawdziwa tragedia. Podkreśla to również ścieżka dźwiękowa, na której halucynogenną (i genialne) muzykę Labiryntha przyćmiewają stare kawałki Roxette, Alberta Hammonda czy, ku mojej wielkiej euforii (heh), utwór z filmu Cannibal Holocaust (1980) autorstwa Riza Ortolani.

Trochę bałem się, że pójdzie to w stronę jakiegoś kina gangsterskiego, jednak wątki te są tutaj idealnie wyważone i nie przyćmiewają bardziej przyziemnych problemów. Gdzieś w połowie sezonu, po pięknej scenie w kościele, bardzo nie chciałem oglądać kolejnych, katolickich bredni o tym, że narkotyki są złe i tylko wiara może pomóc nam osiągnąć trzeźwość. Na szczęście twórca w dupie ma te fantazmaty, skupiając się na tym, co tu i teraz. Bo przecież leczenie uzależnień to nie tylko trzymanie się w kółku za ręce, ale też ogromna krzywda wyrządzona sobie oraz wszystkim wokoło. Euforia w ten sposób pobudza nasze własne poczucie empatii, bo praktycznie każdy tutaj działa na skraju naszej irytacji czy wręcz obrzydzenia.

To ostatnie uczucie idealnie obrazuje dla mnie wątek Cassie (Sydney Sweeny), szkolnej blond-piękności, która zakochuje się w byłym chłopaku swojej najlepszej przyjaciółki. Jak już wspomniałem, bohaterowie tutaj są zarysowani grubą kreską, ale nie sposób podchodzić do nich ambiwalentnie. Z jednej strony irracjonalne zachowania Cassie mogą żenować, a jej sposób wyrażania siebie daleki jest od mojego poczucia estetyki, to przecież rozumiemy dokładnie, jakie emocje za nią stoją. I tak jest tutaj z każdym, nawet z pozoru nieistotna, zagubiona gdzieś w swoim uzależnieniu heroinistka okazuje się postacią, której naprawdę możemy współczuć.

W sumie nie wiem, co mogę mówić tutaj dalej, ponieważ Euforia to zdecydowanie najważniejsze wydarzenie telewizyjne ostatnich 15 lat! I nie, nie jest to wcale przesada. Trudno szukać tak mocno autorskiego dzieła, które, nawet jeśli nie dotyka problemów nam najbliższych, to potrafi zaangażować nas w tragiczne życia swoich bohaterów. A tym chyba cechują się dobre narracje? Oczywiście, można się tutaj uczepić kilku uproszczeń, Może dla niektórych też niektóre z wątków nie wybrzmiewają aż tak mocno, jakby sobie tego życzyli, ale spokojnie, pisząc tę recenzję już dawno wiemy, że będzie kolejny sezon. A kładę posypane brokatem kasztany przeciwko diamentom, że to też będzie równie wielka rzecz!

Oryginalny tytuł: Euphoria

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: hbogo.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.