Island of Blood (1982)

Boom na kino siekane, czyli slashery, w amerykańskiej popkulturze spowodował prawdziwą lawiną kolejnych, jak z taśmy produkowanych za grosze produkcji. Wiele z nich obrosło zasłużonym kultem, inne popadły w zapomnienie i dziś wyciągane są przez jakiś zanurzonych w temacie freaków. I ja od czasu do czasu lubię sięgnąć do tego bezkresnego śmietnika, by wyciągnąć coś, co interesuje mnie już na poziomie okładki. A tak właśnie było w przypadku opisywanej tutaj Island of Blood.

Być może reżyser i scenarzysta tego dzieła, Bill Naud, inspirował się pisząc skrypt klasyczną powieścią Dziesięciu małych Indian, osadzając swoją historię na wyspie i eliminując po kolei jej gości. Wiemy w zasadzie tylko tyle, że jest to jakaś ekipa filmowa, składająca się praktycznie tylko z młodych ludzi, na którą poluje niewidoczny do finału morderca. W zasadzie nic więcej wiedzieć nie musimy, jak na tani slasher z epoki przystało!

Dlatego też przygodę zaczynamy z oczu mordercy, kiedy to ten dosłownie odstrzeliwuje głowę wypoczywającemu nad basenem dziewczęciu. A potem jest już tylko…. gorzej. Niestety, Island of Blood to jeden z tych slasherów, który ma poważne problemy z tempem swojej akcji. Wszystko jest tutaj ślamazarne, co dziwacznie kontrastuje z odpalanym na każdym kroku, energicznym utworem Face to face. Co ciekawe, słowa tego kawałka opisują dokładnie to, co widzimy na ekranie.

Jest to dość innowacyjny sposób, kiedy ścieżka dźwiękowa stanowi audiodeskrypcję do tego, co się dzieje. A jeśli już mowa o nielicznych scenach mordu, to są one równie pomysłowe. Ktoś wpadnie do wrzącego basenu i ugotuje się żywcem, ktoś weźmie przez pomyłkę prysznic w kwasie, a ktoś dostanie piłą mechaniczną prosto w krocze. W zasadzie nie jest to na tyle ekscytujące wizualnie przeżycie, jak może się wydawać, ale jakoś tam daje radę w swym niskobudżetowym tonie.

Co ciekawe również, jeden z pierwszych trupów nie uchodzi uwadze naszych bohaterów, co Ci zdają się zupełnie ignorować. Oczywiście film jakoś stara się nam wytłumaczyć, że na całej wyspie nie ma żadnego telefonu, ale cholera, poziom zidiocenia ekranowych postaci woła wręcz o pomstę do nieba. Nic dziwnego, że widz bardziej kibicuje enigmatycznemu mordercy, którego dokonania widzimy przez lwią część filmu z jego oczu, w eliminowaniu tych niefunkcjonujących jednostek.

Island of Blood zapadnie mi w pamięci tylko z dwóch powodów, a są nimi dwie sceny „kąpielowych morderstw”. Cała reszta wyparowała już podczas pisania tej recenzji. Nie dajcie się nabrać uroczemu plakatowi i obietnicom rockowego klimatu! To film, który odważnie przyznam, zasłużenie skończył na śmietniku niepamięci, bo lepszych od niego jest na pęczki. Raczej seans tylko dla fanatycznych fanów slasherów z lat 80., chociaż i oni mogą czuć się zawiedzeni.

Oryginalny tytuł: Island of Blood

Produkcja: USA, 1982

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.