Słodka szesnastka (1983)

Mówi się, że faceta poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a jak kończy. Ale ja regułę tę odwracam do góry nogami za każdym razem, gdy najdzie mnie ochota na jakiś amerykański slasher. I co by nie mówić o Słodkiej szesnastce, filmie w końcu zapomnianym i wyrzuconym na śmietnik kina, to otwarcie ma po prostu fantastyczne! A to już wystarczy mi, by poświęcić na niego półtorej godziny swojego jakże cennego życia.

Bo film zaczyna się od koszmaru nastoletniej dziewczyny, którą w gotyckiej posiadłości oświetlonej świecami nachodzi jakiś menel. Później akcja przenosi się ze snu na jawę, gdzie w przydrożnym barze poznajemy grupę lokalnych osiłków znęcających się nad leciwym, rdzennym mieszkańcem Stanów. W obronie Indianina staje jego młodszy krewny, a zwyczajna bójka szybko przeradza się w potyczkę ze sprzętem. Na całe szczęście jesteśmy w USA, więc barman szybko studzi nabuzowanych gości swoją dwururką.

Brzmi intrygująco? A to zaledwie wstęp do filmu, który później przeradza się w pełnokrwisty slasher, w którym mieszkańców położonej pośrodku niczego mieściny terroryzować zaczyna tajemnicy morderca. Czy to zemsta za pokoleniową zniewagę poznanego w barze Indianina? Może zabójstwa mają coś wspólnego z nową w mieście, tajemniczą i dość rozwiązłą dziewczyną? Śledztwo w tej sprawie poprowadzi nie tylko lokalny szeryf, ale również jego dwójka nastoletnich dzieci.

Sprawa mordercy przez lwią część filmu pozostaje tajemnicą, dlatego też Słodkiej szesnastce bliżej do pierwszego Piątku 13-tego (1980), aniżeli bardziej brawurowych slasherów z tamtego okresu. W sumie przez cały czas jego trwania bawi się on naszymi podejrzeniami, zalewając nas całą masą tropów. Od ekranowych postaci, przez wątki nieco paranormalne i związane z folklorem rdzennych mieszkańców, na lokalnych legendach z seryjnymi mordercami kończąc. Być może jego prawdziwy finał okaże się dla wielu zaskoczeniem, jednak po dłuższym przemyśleniu, okazuje się on dość oczywisty. Jednak taka refleksja naszła mnie, kiedy film już wyłożył kawę na ławę, więc nie mogę psioczyć.

Ale okej, skoro produkcji udaje się utkać wokół siebie jakąś sieć tajemnicy, to przejdźmy do tego, co w slasherach w końcu interesuje nas najbardziej – cięcia, patroszenia, dźgania, kłucia czy miażdżenia. Tutaj Słodka szesnastka nie wygląda już tak kolorowo, choć sztuczna krew użyta w filmie jest bardzo soczystej barwy (trochę jak palaktówka kojarząca mi się głównie z włoskimi horrorami). Morderca nie przebiera w środkach, eliminując swoje ofiary głównie dźgając je po prostu nożem. I większość scen tych brutalnych ataków zmontowana jest w podobny sposób, czyli zbliżeniem na przerażoną twarz z tryskającą wszędzie posoką. Nuda.

Bardziej brutalny jest jednak świat wokoło, pełen rasizmu, prowincjonalnej ksenofobii i seksizmu. Z pozoru konserwatywna społeczność pełna jest nienawiści wobec wszystkiego, co w jej mniemaniu obce. Nieważne jest to, że ta „obcość” funkcjonuje w ich sąsiedztwie od samego początku. Dlatego też nowa twarz w mieście, która prowadzi bardzo rozwiązły tryb życia, ucząc swoich nowych kolegów tego, czym są konkretne narkotyki, nie jawi się jako ten idealny podejrzany w sprawie tajemniczych morderstw. Bo to miasto było przesiąknięte złem jeszcze przed tym, zanim do niego zawitała.

A skoro już o Melissie mowa, bo tak ma na imię ta bohaterka, to wcielająca się w nią Aleisa Shirley zrobiła kawał dobrej roboty! Oczywiście jak na kino z budżetem wysokości przeciętnej weekendu w Zakopanem. To taka trochę amerykańska prekursorka Effy z serialu Skins (2007-), seksowna outsiderka, która nie stroni od wszelkich używek i przyjemności czerpanej z przygodnego seksu. Fajnie kontrastuje ona z zacofanymi pod tym względem dzieciakami z prowincji.

Słodka szesnastka to naprawdę ciekawa propozycja dla wszystkich fanów tych mniej znanych slasherów. Naprawdę nie czuć tutaj żadnej nudy, mimo że trup wcale nie ścieli się jakoś gęsto. Film wygrywa przede wszystkim klimatem amerykańskiego miasteczka, jego sympatycznymi postaciami oraz problemami ich spotykającymi. Do tego dorzućmy angażującą historię i garść społecznego komentarza wymierzonego w konserwatyzm, a otrzymamy taki trochę erzac tego, o czym w większości mówiło kino siekane z lat 80. A ono zawsze krzyczało do mnie, że dobra zabawa jest najważniejsza, nawet jeśli mamy za nią przypłacić siekierą w głowie!

Oryginalny tytuł: Sweet Sixteen

Produkcja: USA, 1983

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.