Ludożerca (1980)

Po latach postanowiłem sobie odświeżyć nakręconego w 1980 roku przez Joe D’Amato Ludożercę, chyba najsłynniejszy obok genialnego moim zdaniem Mrocznego instynktu (1979) film tego twórcy. I pierwsze, co po powrocie bardzo mnie zaskoczyło, to jego czas trwania. Zapamiętałem owo dzieło jako o wiele dłuższe niż niecałe półtorej godziny. A to chyba nie świadczy o nim najlepiej, prawda?

Film zaczyna się tak, jak kolejna włoska podróbka Szczęk (1975), a polski tytuł tylko podsyca te spekulacje. Chłopak z dziewczyną i wiernym pieskiem udają się na grecką plażę, ona zażywa kąpieli, on chilluje na ręczniku z muzyką na słuchawkach. Po chwili kobieta podpływa do dryfującej bezwładnie łódki, po czym zostaje wciągnięta pod wodę. W obowiązkowej dla gatunku kina siekanego sekwencji z oczu mordercy widzimy jak ten wychodzi na brzeg i zostawiając za sobą krwawy ślad, dobiera się do wypoczywającego chłopaka. Rach, ciach i kończy on z tasakiem wybitnym w głowę!

Brzmi intrygująco i zachęcająco, jednak nie dajcie się zwieść pozorom! Bo po tym jakże przyjemnym dla oka wstępie przechodzimy do właściwej części filmu. A ta niestety jest bardzo nużąca. Poznajemy w niej grupę przyjaciół, którzy zwiedzają greckie wyspy. Aby było ciekawiej, jedna z dziewczyn jest w ciąży a druga para się czym w rodzaju wróżbiarstwa i stawiania kart tarota. Za namową jednej z bohaterek, ekipa trafia na wyjątkowo malowniczą, ale widocznie porzuconą wyspę, gdzie ta była umówiona ze swoimi kumplami. By nie rozwodzić się więcej nad fabułą, powiem tylko, że ten kawałek skały na jednym z okalających Grecję mórz zamieszkany jest przez potwora.

Technicznie Ludożerca to slasher pierwszej krwi, choć nie wiem, czy termin ten funkcjonował we Włoszech początku lat 80. Wszystko idzie tutaj jak po sznurku, od pierwszych morderstw do ostatniej konfrontacji z naszym czarnym charakterem. Jednak jest coś, co widocznie odróżnia go od wielu mu podobnych, amerykańskich dzieł – sceneria. Plątanina ciasnych uliczek i osaczających bohaterów bielonych domów to zdecydowanie największy plus całego filmu! W końcu Joe D’Amato terminował przez wiele lat jako operator kamery, więc jego wskazówki przy produkcji zapewne uchroniły film przed zepsuciem tego elementu. Pełno tutaj jest urokliwych widoków i zawsze to miła odskocznia od lasów Oregonu czy pustkowi Teksasu. Jest bardzo europejsko, mocno gotycko i co najważniejsze, wygląda to wszystko naturalnie.

Tego ładnego obrazka dopełnia jeszcze wkręcająca się w głowę muzyka Marcello Giombini, oparta na chwytach greckiej Zorby i podbita syntezatorami. Naprawdę tworzy to całkiem fajny klimat, przypominający nieco senny koszmar na wakacjach. Niestety, to wszystko, za co mogę pochwalić Joe D’Amato, bo choć dla wielu jest to jego szczytowe osiągnięcie, nie możemy wcale mówić o jakkolwiek dobrym filmie! Przede wszystkim wspomniałem już, że film zapamiętałem jako dłuższy. A to przez fakt, że tempo jest tutaj całkowicie skopane. Podróż naszych bohaterów na wyspę trwa wieki, samo jej zwiedzanie i późniejsze bieganie w celu rozwiązania zagadki to drugie tyle. Mamy zatem mocny wstęp, całą resztę w postaci nudnego gadania i chodzenia, by w końcówce trochę znów podskoczyło nam tętno.

Bo zanim nasz główny szwarccharakter wyjdzie z cienia, mienie nam naprawdę sporo czasu! Kiedy już się to stanie widz szybko orientuje się, czemu gdzieniegdzie Ludożerca dorobił się statusu kultowego. Wcielający się w jego rolę naczelny „zły” włoskiego kina gatunku George Eastman jest na poły żenujący, na poły odpychający. Ikoniczny już morderca-kanibal wygląda jak bezdomny z zaawansowaną chorobą skóry, a jego dokonania stały się wśród fanów europejskiej grozy swoistym memem. Choć jest wyjątkowo silny, porusza się jak zombie i rzuca się z zębami do gardeł swoich ofiar. Jego geneza jest totalnie bzdurna, przeszłość niejasna a motywacji nie znamy praktycznie w ogóle. Niczym Kształt z oryginalnego Halloween (1978) poluje on bez słowa na naszych bohaterów, pozbawiając ich kolejno życia.

A właśnie krwawe sceny stanowią głównie o wątpliwym sukcesie filmu. W legendy obrosły już takie sceny jak ta, w której tytułowy kanibal wyrywa ciężarnej kobiecie płód z brzucha i wcina go na jej oczach. Pomysłowe wykorzystanie oskórowanego królika pewnie budziło postrach pod koniec XX wieku, dzisiaj nie robi to już takiego wrażenia. Bo czy po seansie takiego Srpskiego filmu (2010) jest w nas w stanie zaszokować inwentarz lokalnego rzeźnika? Drugą „kultową” sekwencją jest akt autokanibalizmu w wykonaniu naszego tytułowego bohatera. I jest to widok tak kuriozalny, że pozwólcie zostawić mi go bez komentarza. Cała reszta to chałupnictwo pełną gębą. Ma to swój urok, ale przekracza to wszystko raczej granicę kiczu, aniżeli jakiejś budzącej emocje makabreski. Film też, jak na włoskie kino tamtych lat przystało, maskuje wszystkie te niedociągnięcia szybkimi najazdami kamery.

Wydaje mi się, że Ludożerca jest jednym z tych filmów, które wyprzedziła ich własna legenda. Nie dajcie się jednak zwieść ani określaniu go „jednym z najbardziej brutalnych filmów w historii”, ani krzyczącemu z większości plakatów nazwisku Tisy Farrow – siostry znanej wszystkim z Dziecka Rosemary (1968) Mii Farrow. Oprócz naprawdę interesującego klimatu i tych kiczowatych scen z mordercą film wypełniony jest przede wszystkim nudną watą. Ci, którzy chcieli go zobaczyć, już go dawno widzieli, a cała reszta może go sobie spokojnie darować. No chyba, że jesteście naprawdę zdeterminowani przeczekać te wszystkie nużące momenty dla kilku chwil wątpliwej jakości eskapizmu.

Oryginalny tytuł: Antropophagus

Produkcja: Włochy, 1980

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.