Memoria (2021)

Nie będę wypowiadał się o twórczości Apichatponga Weerasethakul, bo zwyczajnie nie znam jego dokonań. Kiedyś próbowałem dorwać Wujka Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (2010), ale film ten umknął mi gdzieś w zalewie wielu innych. Wiem natomiast, że jeżeli istnienie umiejętność tworzenia magii (dosłownie) kina, to ten tajlandzki reżyser umie to doskonale.

Bo właśnie taka jest jego Memoria, pierwszy film nakręcony poza granicami Tajlandii. To obraz, który od pierwszych minut rzuca na nas jakieś tajemnicze zaklęcie, przenosząc naszą świadomość do będącej na granicy realizmu i baśni Kolumbii. Naszym przewodnikiem po tym dziwnym świecie jest Tilda Swinton, jednak sam reżyser zainteresowany wydaje się bardziej wytwarzaniem atmosfery, aniżeli snuciem jakiejś konkretnej historii.

Nasza bohaterka, Brytyjka mieszkająca aktualnie w Ameryce Południowej, żyje prawdopodobnie jakąś żałobą. Próbuje założyć własną uprawę orchidei, jednak w jej mozolnej egzystencji pojawia się coś dziwnego – metaliczny, nagły dźwięk, który wydaje się pochodzić gdzieś z głębi ziemi. Wszyscy wokół  nie słyszą tajemniczego uderzenia, jednak wpływa ona widocznie na otoczenie, uruchamiając alarmy zaparkowanych samochodów czy odgrzebując dawno zakopane kości na archeologicznym stanowisku.

Dźwięk, który dręczy Jessicę, jest jak betonowa kula wrzucona do metalowego cylindra wypełnionego morską wodą. Tak właśnie kobieta opisuje go Hernanowi (Juan Pablo Urrego), inżynierowi dźwięku, który pomaga jej cyfrowo odtworzyć jej… pamięć? Czy to tylko halucynacja? Zaburzenia psychiki? A może to właśnie ten element baśniowy świata przedstawionego? W zasadzie te pytania są jedynymi, które jako tako napędzają szczątkową fabułę.

Brzmię trochę tak, jakbym narzekał na Memorię. I w sumie dla wielu widzów film ten okaże się przygodą nie do przebrnięcia. Medytacyjne, wręcz uśpione tempo filmu zaklęte często w jednym, przedłużonym ujęciu, zmusza nas do refleksji i otwarcie zaprasza do dyskusji na jego temat. Z każdą kolejną sceną delikatna tkanka rzeczywistości coraz bardziej wymyka się naszej bohaterce spod kontroli, a drogowskazem tych zmian jest już sam tytuł filmu. Kobieta coraz bardziej myli swoich przyjaciół czy krewnych, pytając o ludzi, którzy tak naprawdę nigdy nie istnieli.

Tego pięknego wizualnie obrazka dopełnia również niezwykle przemyślana warstwa dźwiękowa, której konstrukcja jak nigdy dotąd każe nam wsłuchać się w otaczający bohaterów świat, śpiew ptaków, szum rzek i brzęczenie owadów. W zasadzie oglądając te obrazki miałem w głowie flashbacki z genialnego serialu i klasyki japońskiej animacji, Neon Genesis Evangelion (1995-96). Tam też mieliśmy wiele statycznych ujęć na z pozoru prozaiczne piękno prowincji z całą tą kanonadą różnych dźwięków jemu towarzyszących. Cudowności.

To film, który jest w zasadzie odbiciem estetyki znanej jako slow-cinema. Wszystko tutaj trwa i trwa a my, widzowie, przesuwamy się coraz bardziej na krawędź fotela w oczekiwaniu na jasne odpowiedzi. Ale czy je w końcu otrzymamy? Czy właśnie największą siłą tego i wielu mu podobnych filmów nie jest właśnie umiejętne zawieszenie w powietrzu naszych oczekiwań? Bo jeśli tak, a wierze szczerze, że tak, to film Weerasethakula odrobił swoje zadanie na piątkę z plusem!

Jeśli nie masz problemu poświęcać swojego czasu na coś, co bardziej przypomina instalację artystyczną aniżeli kolejny film Marvela, to daj szansę Memorii. To dzieło, które wymaga od nas pełnego skupienia i oddania się w jego ramiona. Nie wchodząc w większe spoilery, pod koniec seansu dowiadujemy się, że bohaterka grana przez Tildę ma dar odbierania dźwięków niesłyszalnych przez innych, jest w zasadzie żywą anteną. I po ponad dwóch godzinach seansu filmu widz czuje się tak samo, postrzegając od tego momentu świat zupełnie inaczej.

Oryginalny tytuł: Memoria

Produkcja: Chiny/Francja/Meksyk/Niemcy/Szwajcaria/Wielka Brytania/Kolumbia/Tajlandia/Katar, 2021

Dystrybucja w Polsce: nowehoryzonty.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.