Benedetta (2021)

Jakkolwiek źle zabrzmi to o mnie jako o entuzjaście kina, opisywana tutaj Benedetta jest pierwszy filmem w twórczości Paula Verhoevena, jaki świadomie obejrzałem. A sięgnąłem po niego z prostego powodu, o tytule okazało się głośno, kiedy zaczął być bojkotowany przez środowiska katolickie. Nie jest to oczywiście gwarancja dobrego filmu, ale jakieś wewnętrzne przeczucie nakierowało mnie, bym po to właśnie dzieło sięgnął.

Zawsze ciekawiła mnie gdzieś tematyka fundamentu religijnego, a historia XVII-wiecznej siostry klasztornej to chyba jeden z bardziej mrocznych, duszących się za zamkniętymi drzwiami jej przykładów. Luźno oparty na książce o jakże wdzięcznym tytule Akty nieskromne – życie zakonnic lesbijek w renesansowych Włoszech z 1987 roku autorstwa Judith C. Brown film to zapis życia tytułowej zakonnicy, która twierdziła, że w swoim życiu przeżyła szereg erotycznych wizji z samym Jezusem i Marią Dziewicą w roli głównej.

I choć liczne śledztwa przeprowadzone w jej sprawie wykazały to, że kobieta zwyczajnie sfałszowała swoje mokre, wizje wdając się przy tym w kipiącą od erotyki relację z inną zakonnicą, Verhoeven wykorzystuje tę „cudowną” kartę jej historii, aby opowiedzieć o rzeczach bardzo ludzkich i przyziemnych. Film nie boi się przedstawiać życia w klasztorze niczym w przepełnionym represjami więzieniu, miejscu, gdzie jakiekolwiek przejawy samodzielnego myślenia nie są mile widziane. Taki sam system sankcji obowiązuje również ciała sióstr, którym od maleńkości wpaja się, że własna cielesność jest ich największym wrogiem.

W takim świecie seksualność pozostaje dla naszej bohaterki zagadką. Wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy do klasztoru przybywa Bartolomei (Daphne Patakia), dziewczyna z pobliskiej farmy, której rola polegała na byciu seksualną niewolnicą swoich najbliższych. Powolne napięcie między kobietami, które rodzi u Benedetty rodzaj erotycznej ekstazy, sięga zenitu podczas wspólnej kąpieli. Reszta to już zdecydowanie jazda bez trzymanki.

I mówiąc jazda bez trzymanki, mam na myśli dosłownie eksplozję wszelkich odczuć, od zwyczajnego cringe’u po erekcyjny zachwyt. Verhoeven nie ucieka tutaj od pewnej tandety i kampu, i chwała mu za to! Pod zasłoną, albo raczej habitem, bycia wyniosłym filmem, twórcy dają nam tak naprawdę dość oklepane puenty i wiele, wiele grania na napiętej strunie kontrowersji. W zasadzie mogę powiedzieć, że Benedetta to homoerotyczna pornografia, która podstępnie ubrała się w historyczną fabułę, by wejść na duży ekran. Tak, to nie jest dzieło dla każdego!

Nad całą produkcją unosi się taka właśnie frywolna atmosfera, jednak dla wielu widzów po dłuższym czasie okazać się ona może nazbyt męcząca i zwyczajnie nudna, dla mnie jednak nie stanowiła żadnego problemu. Wynika z tego niestety największy problem filmu, bo Verhoeven tak bardzo stara się tutaj „pośmieszkować”, że największa mądrość płynąca z jego opowieści, a mianowicie bezsensowność wiary i jej najbardziej konserwatywnych odłamów, nie wybrzmiewa tutaj odpowiednio głośno. Szkoda, bo można było tę śrubę podkręcić jeszcze mocniej, choć pewnie taki trolling nie skończyłby się tylko na paru protestach pod kinami…

Same sceny seksu nakręcone są „po bożemu”, choć widocznie widziane są z perspektywy faceta. Czy brakuje im kobiecej finezji? W sumie nikt nie rozumie miłości do kobiety tak, jak druga kobieta. Ale to tylko moje zdanie, bo zdjęcia do filmu zrealizowane są w sposób cudowny. Kamera, kiedy musi, to wariuje w ekstazie między bohaterami lub twardo i statycznie osiada w jednym, centralnym dla naszego oka punkcie. Wszystkie te kroniki z życia klasztornego wyglądają jak z programu dokumentalnego, choć co jakiś czas dostajemy naprawdę zwariowane i fantastycznie zrealizowane wizje naszej bohaterki. Te są… no właśnie z nich moim zdaniem wypływa główny powód całej kontrowersji. Ale nie psujmy zabawy, nie będę tutaj ich opisywał.

I choć spodziewałem się po Benedettcie czegoś zgoła innego, Verhoeven dostarczył mi ponad dwie godziny naprawdę przyzwoitej rozrywki w stylu, który mi najbardziej podchodzi – prowokacyjnego trollingu i czasami prościutkiego humoru. A może właśnie taki miał być ten film? Nie do końca sensowny, miejscami głupi i powodujący u niektórych ostry ból dupy, dokładnie taki, jak religia w swoich najbardziej skrajnych odłamach. Ale ja mam wypaczony nieco gust, bo dla wielu innych będzie to po prostu dzieło, które przez cały ten czas szuka nieudanie dla siebie jakiegoś punktu wyjścia.

Oryginalny tytuł: Benedetta

Produkcja: Belgia/Francja/Holandia, 2021

Dystrybucja w Polsce: aurorafilms.pl

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.