Spree (2020)

Nie dziwię się, że Eugene Kotlyarenko miał problemy ze znalezieniem miejsca dla swojego projektu w większych studiach filmowych. Bo ultra brutalna na papierze i mocno krytykująca współczesne media społecznościowe satyra to nie jest po pierwsze nic nowego, a po drugie gwarantującego jakieś mega dochody. Na całe szczęście (dla pana reżysera i scenarzysty), pomysł ten spodobał się kanadyjskiemu raperowi Drake’owi, który za pośrednictwem swojej własnej wytwórni sfinansował dzieło.

Nastoletni Kurt (znany wszem wobec z serialu Stranger Things Joe Keery) dąży do zostania popularnym influencerem. Z początku pokazuje na żywo swoje w miarę normalne życie jako dzieciak dwójki ekscentrycznych rodziców, by w końcu zacząć robić streamy na żywo ze swojego miejsca pracy – imitującej naszego ubera aplikacji do wożenia ludzi Spree. Oczywiście widzów nie przybywa, więc chłopak zmuszony jest do podjęcia radykalnych środków.

Trudno jest się nie domyślić, że Kurt zacznie pozbawiać życia swoich klientów, ku (jak twiedzi on sam) uciesze widowni. Pewnego dnia jego kurs wybiera popularna instagramerka Jessie Adams (Sasheer Zamata), która z miejsca staje się obiektem obsesji młodego chłopaka oraz punktem zapalnym dla jeszcze mocniejszego podkręcenia jego wyczynów. Po nitce do kłębka Kurt zaczyna robić dosłownie coraz większą rozpierduchę na ulicach Los Angeles.

Nie będę się silił na szukanie w Spree nie wiadomo którego dna, bo film w swoim przekazie jest ciachany bardzo grubo. W nieco boomerski sposób podchodzi do uzależnienia się współczesnego społeczeństwa od telefonów komórkowych, pokazując ludzi, którzy praktycznie nie odwracają wzroku od swojego ekranu. W pewnym momencie nawet ustami głównego bohatera pada kąśliwa sugestia o tym, że cały czas jesteśmy podpięci do kabla zasilającego naszego Iphone’a. To trochę tak, jakby ktoś chciał powiedzieć nam o niebezpieczeństwach płynących z całodobowego dostępu do social mediów, wybierając (nomen omen) najkrótszą trasę krwawej, przerysowanej i mocno przestylizowanej satyry. Szczerze? Chyba już bardziej przypadło mi do gustu to, jak wątek ten potraktowała Teksańska masakra piłą mechaniczną (2022).

Dlatego film ten najlepiej działa wtedy, kiedy porzuca on bycie moralizatorskim traktatem, a przechodzi w rejony prostego kina siekanego. Właśnie te slasherowe rzeczy wzbudziły u mnie największy entuzjazm i osobiście zawiodłem się, kiedy okazały się tylko niewielką częścią całości. No i właśnie, wbrew temu, co mówią nam materiały reklamowe, dzieło to nie jest wcale jakoś wyjątkowo krwawe i brutalne. Praktycznie 90% scen morderstw ma miejsce gdzieś poza wszędobylskimi kamerami, co jest nieco absurdalne w stosunku do tego, o czym nawija i co chce pokazać swojej widowni główny bohater. W zasadzie na ekranie dane nam jest zobaczyć tylko dwa, pocięte w montażu zabójstwa, których efekt choć obiecujący, totalnie rozmywa się na tle reszty.

Niestety, siłą filmu zapewne miała być jego konwencja, która przypomina oglądanie ciągłego live’u ala Daniel Magical (choć tutaj bardziej pasowałby niesławny streamer Paramxil). Wszystkie ujęcia pochodzą albo ze statycznych, zamontowanych wcześniej przez głównego bohatera kamer w jego samochodzie, albo z telefonów różnych ludzi. Dlatego też ciągle widzimy pasek przewijania, komentarze widowni czy różne donejty. Działa to może przez pierwsze pół godziny, kiedy orientujemy się, że jest to sprytny sposób na przykrycie wszystkich niedociągnięć budżetu. Bo łatwiej jest po prostu upuścić kamerkę w kluczowym momencie, niż babrać się z jakąś jego wizualizacją. Mocno subiektywnie dodam również, że taka konwencja mnie zwyczajnie męczy, a chaos na ekranie utrudnia wgryzienie się w historię.

Ale zaraz powiecie mi „Oskar, ale z ciebie malkontent, narzekasz i narzekasz, a przecież nie jest to jakiś tragiczny film!”. Ano oczywiście, że nie jest. Szukając jakieś światełka – choć bardziej pasowałoby tutaj wrzucenie fioletowego neonu – w tunelu, pochwalić z lekkim sercem mogę aktorstwo. Wcielający się w głównego bohatera Joe Keery jest w tej roli fenomenalny, choć nie wiem, czy nie jest to zasługa mojej sympatii do niego po obejrzeniu trzeciego sezonu Stranger Things. Jego zblazowany ojciec o twarzy Davida Arquette to castingowy strzał w dziesiątkę, bo nikt inny tak dobrze nie wcieliłby się w rolę starego przegrywa, który ucieczki szuka w dragach i towarzystwie małolatów.

Spree to film, który może znajdzie poklask u widzów, dla których łopatologia jest jedyną przyswajalną formą czerpania wiedzy z tekstów kultury. Wszyscy pozostali będą trochę skołowani, ponieważ film nie dostarcza tyle rozrywki, ile powinien, skupiając się na rzeczach, na które tylko marnuje swój cenny czas. A ten podczas seansu dłuży się niemiłosiernie i chyba osobiście widziałbym dzieło Kotlyarenko jako segment w antologii grozy V/H/S (2012). Nie warto zatem poświęcać na niego swojego życia, lepiej odłożyć telefon do kieszeni i wyjść z kumplem na piwo. Okej boomer!

Oryginalny tytuł: Spree

Produkcja: USA, 2020

Dystrybucja w Polsce: velvetspoon.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.