W połowie drogi na drugą stronę – o pierwszych odcinkach „Stranger Things 4”

Patrząc na to, jak ważnym elementem obecnej kultury popularnej jest produkowany przez Netflix serial Stranger Things, premiera czwartej serii dla wielu ludzi na świecie była zapewne najważniejszą premierę w tym roku. Przyznam, że też jestem fanem, choć nie bezkrytycznym, dzieła braci Duffer i po sezonie trzecim, który naprawdę mi się podobał, w czwarty wjechałem jak w przysłowiowe masło. No może nie do końca jak w masło, bo dobre rzeczy lubię sobie dawkować, a nie binge-watchowach jak leci.

Na powrót do Hawkins w stanie Indiana przyszło nam czekać całe 3 lata, jednak jest to powrót jak najbardziej satysfakcjonujący! Dostaliśmy w zasadzie jeszcze więcej tego, co znamy i kochamy, czyli nostalgii za latami 80., czystego eskapizmu i zabawy konwencją rzucającą w nas co chwile odniesieniami do innych, kultowych produkcji. No i mamy też obsadę, z którą wychowana na streakingach widownia zdążyła już wyrobić sobie jakąś emocjonalną więź.

Historię zaczynamy pół roku po wydarzeniach z sezonu trzeciego, w 1986 roku. Jedenastka (Millie Bobby Brown), Will (Noah Schnapp), Jonathan (Charlie Heaton) i Joyce (Winona Ryder) przenieśli się do idyllicznej południowej Kalifornii, gdzie pozbawiona swoich telekinetycznych mocy dziewczyna dręczona jest przez szkolnych łobuzów. Podczas ferii wiosennych Mike (Finn Wolfhard) przyjeżdża z wizytą, zostawiając swoich przyjaciół w Hawkins, gdzie zaczynają dziać się coraz to dziwniejsze rzeczy (heh).

Tajemniczy byt, nazwany na cześć potwora z D&D Vecną, terroryzuje słabe umysły dzieciaków w Hawkins, ostatecznie pozbawiając ich życia w bardzo brutalny sposób. Niczym Freddy Krueger z Koszmaru z Ulicy Wiązów (1984) prześladuje on nastolatki w surrealistycznych wizjach, gdzie ziszczają się ich największe strachy i traumy. Jest on również powodem niesłusznego oskarżenia o rytualne morderstwo Eddiego Munsona (Joseph Quinn), chyba najlepszej, po zmarłym poprzednio Billym (Dacre Montgomery), postaci męskiej w historii serialu.

Czwarta odsłona Stranger Things to już rzecz bardzo pewnie stojąca na poletku kina grozy. Tak, jak poprzednie epizody jednak używały horroru jako lżejszego nawiązywania do klasyki tego nurtu, tak teraz mamy już wszystko podkręcone na maksa. W brutalny, krwawy sposób zabijane są tutaj dzieci, główny antagonista jest odpowiednio obrzydliwa i przerażająca, a sekwencje dziejące się na Syberii zdecydowanie odstają swoim tonem od tego, co znamy. Tak, jak seria o Harrym Potterze dorastała wraz z widownią, tak i tutaj bracia Duffer stwierdzili, że dzieciaki, które ekscytowały się pierwszym sezonem, dziś mogą legalnie kupić piwo. Dlatego też już otwarcie „czwórki” może sprawić lekką konsternację w mniej obytym z ekranową krwią widzem.

Pójście w tę stronę skutkuje niestety o wiele mocniejszym naciskiem na ten mroczniejszy ton serialu. Wciąż znajdziemy w nim kilka zabawnych gagów, postacie dzieciaków są dalej sympatyczne jak diabli, ale znikła gdzieś ta forma zabawy i młodocianej naiwności, jaką charakteryzował się sezon numer jeden. Zamiast nieco infantylnej, ale szczerej historii o przyjaźni dostajemy rządowe spiski i wypełnioną krwią opowieść rodem z kart komiksów o X-Men. Mi to osobiście nie przeszkadza, bo wszystko jest tutaj zrobione wręcz podręcznikowo, akcja ładnie się zawiązuje, a ciekawość pcha nas dalej i dalej. Nie sposób odmówić braciom Duffer talentu do pisania i budowania swoich światów.

Jednak by nie był to tylko festiwal ochów i achów, teraz sobie na coś ponarzekam. Największym minusem, jaki mogę wyszczególnić po tych 7 odcinkach, jest to, że postacie w większości nie przechodzą żadnej drogi. Tak naprawdę z miejsca rusza tylko Max (Sadie Sink), Steve (Joe Keery) i Nancy (Natalia Dyer), kiedy reszta stoi w miejscu lub wręcz się cofa. Zrobienie z Robin (Maya Hawk), dziewczyny dość rezolutnej i zawadiackiej kompletnej idiotki potrzebnej tylko do kilku śmiesznych gagów jest okropne. To samo zrobili z Jonathanem (Charlie Heaton), który stał się uległym ćpunem z widocznie przepalonym mózgiem. Oby druga połowa przyniosła jakąś rewolucję, bo inaczej naprawdę widzę to w ciemnych niczym The Upside Down barwach.

No dobra, jednak każdy seans kolejnego epizodu sprawiał mi wypieki na twarzy, bo naprawdę chciałem chłonąć i chłonąć ten świat. Co prawda ostatni odcinek nieco ostudził moją euforię i nie wskakuje do pociągu zwanego pożądaniem do stacji Stranger Things 4 part II, jednak czuję jakąś chęć domknięcia tej historii. I oczywiście chciałbym, aby sezon czwarty był już definitywnym zakończeniem tego rozdziału kultury masowej, ale przecież żyjąc w kapitalizmie wiemy, że jeśli coś jest rentowne, to trzeba do drenować do końca. Ciekawe, czy kiedyś obrzydnie mi ten serial? Bo po czwartym sezonie zupełnie się na to nie zapowiada. Ale może to kwestia tego, że byliśmy tak wyposzczeni przed jego premierą…

Oryginalny tytuł: Stranger Things 4

Produkcja: USA, 2022

Dystrybucja w Polsce: netflix.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.