The Zero Boys (1986)

Czytając moje teksty o filmach wszelakich, pewnie domyśliliście się, że najwyższą dla mnie formą kina jest historia o ludziach zmuszonych do walki o własne życie na jakimś odludziu. Może jestem prosty, ale takie opowieści budzą we mnie zawsze największe emocje. A co jeśli tymi potencjalnymi ofiarami nie będzie banda naćpanych/nachlanych nastolatków tylko ekipa wyszkolonych taktycznie i survivalowo pasjonatów paintballa? Taki pomysł miał Nico Mastorakis kręcąc swoich The Zero Boys w 1986 roku.

Naszych bohaterów poznajemy podczas zainscenizowanej w westernowym miasteczku strzelaniny na kulki z farbą. To trójka chłopaków, Steve (Daniel Hirsch) i jego dwóch kumpli Larry (Tom Shell) i Rip (Jared Moses). Po solidnym dokopaniu przeciwnikom dołączają do nich dziewczyny, w tym jedna będąca byłą lidera pokonanego zespołu. Cała szóstka udaje się na weekend do lasu w celu zaznania relaksu i by trochę postrzelać z prawdziwej, ostrej amunicji. Na miejscu dokonują makabrycznego odkrycia, stając się celem ataku ze strony niebezpiecznych morderców.

Już pierwsze minuty filmu zrodziły w mojej głowie pytanie „jak mogłem trafić na to dopiero teraz?!”. Mamy przecież konkretną, charyzmatyczną ekipę i fajne miejsce akcji. Sosnowe, suche lasy (chyba) Kalifornii zawsze budziły we mnie jakiś rodzaj dyskomfortu, nie wiem zupełnie czemu! Nie jest to oczywiście dzieło tak klimatyczne, jak uwielbiany przeze mnie Krwawy biwak (1983) czy Madman (1981), ale za miejscówkę już The Zero Boys ma u mnie spory plus!

Film ten różni się też od wielu mu podobnych tym, że jest w pełni świadomy gatunku, w jakim się obraca. Przykładowo wchodząc do pozostawionej w środku lasu chaty, jeden z bohaterów krzyczy „Hello Jason!”. Dlatego też dziwi mnie fakt, że złoczyńcy w tej historii nie są praktycznie w żaden sposób zarysowani. To enigmatyczni faceci pokroju tych, których spotkaliśmy już w genialnym Uwolnieniu (1972). Są ludźmi stamtąd, humanoidalną eskalacją brutalnej siły natury. Fajnie, że film jakoś stara się zabawić ich ustawieniem przed kamerą, przez co cały czas otacza ich aura tajemnicy.

Ale jeśli mam być szczery, reżyser chyba bardziej nastawiony był na nakręcenie B-klasowego kina akcji, aniżeli slashera z krwi i kości (heh). Dlatego też bohaterowie przypominają bardziej figury wyjęte z akcyjniaka aniżeli horroru. Nasza trójka to typowi macho-zawadiacy, którzy od razu praktycznie podejmują walkę z oprawcami na nie swoim terenie. Ich potyczka to też raczej starcia w małych grupkach, co nijak ma się do metodycznej eliminacji kolejnych bohaterów. Nawet dziewczyna, która ma wszelkie zadatki na bycie szablonową final-girl, w końcówce staje się raczej heroiną kina akcji z lat 80.

Również tempo filmu jest dość wartkie. Praktycznie od pierwszych minut, kiedy nasi bohaterowie jadą leśnym traktem, rzucane są w naszym kierunku różne niepokojące, nastrajające na przyszły rozwój akcji wstawki. A to ktoś kątem oka zobaczy kobietę uciekającą przez krzaki, a to podczas stosunku parki małolatów panienka dostrzeże podglądające przez dziurę w dechach oko. Dziwne zatem, że ostatnie pół godziny wydaje się zdecydowanie zwalniać, oferując nam totalnie inną zabawę niż ta, jaka miała miejsce z początku. Wszystko skręca w kierunku prostej eksploatacji, a w zasadzie jej nurtu hixploitatinon.

Balansując na granicy prawdziwego suspensu, plagiatu i prześmiewczego pastiszu gatunku, Mastorakis stworzył dzieło co najmniej ciekawe. Do tego, jak na mikry budżet, którym zapewne dysponowała ekipa, The Zero Boys wygląda zaskakująco dobrze! Scenografia nie wali po oczach tandetą, aktorzy naprawdę dają radę, a praca kamery czasami skutkuje naprawdę fajnymi kadrami – patrz na ten wyróżniający tę recenzję! „Nie ma lipy” jak to mówi pewien Litwiński kulturysta, bo jak się naprawdę chce, to widocznie można. W pewnym momencie filmu nawet dostajemy całkiem przyjemnie zrealizowaną eksplozję samochodu!

Ale to film pozszywany z takich właśnie małych perełek, które może idealnie nadają się na minutowy zwiastun, jednak w prawie półtoragodzinnej fabule poprzetykane są nudnawą watą. Co się stało, że The Zero Boys nie został zapisany w annałach kina gatunku lat 80.? Może właśnie to? Jest on zdecydowanie filmem nijakim, ładnie nakręconym i może nieźle zagranym, jednak nie oferującym nic ponad pewien sztampowy standard. Tylko dla zagorzałych fanów nurtu.

 

Oryginalny tytuł: The Zero Boys

Produkcja: USA, 1986

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.