Dan Simmons „Upadek Hyperiona”

Lektura pierwszego Hyperiona Dana Simmonsa była dla mnie nie lada zaskoczeniem. Spodziewając się rozbuchanej space-opery, otrzymałem antologię ciekawych i oryginalnych nawet dzisiaj opowiadań, które naprawdę potrafiły zbudować emocjonalną więź między czytelnikiem a bohaterami z kart powieści. Dlatego też po kontynuacji spodziewałem się domknięcie wątków tych wszystkich postaci, satysfakcjonującego i po raz drugi budzącego wiele emocji.

W zasadzie Upadek Hyperiona dostarcza właśnie tego, czego oczekiwałem. Rozbita na pomniejsze opowiadania narracja pierwszej części zostaje tutaj scalona do jednej linii czasowej. A więc Simmons zaczyna tam, gdzie skończyła się poprzednia książka, dając nam w trakcie trwania historii odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań. Co stało się z córką wykładowcy Sola? Czy wojskowy Kassad zemści się na Dzierzbie? Czy Konsul w końcu będzie w stanie otworzyć tajemnicze Grobowce Czasu? I ostatecznie, czym jest przerażający, niosący śmierć Dzierzba?

I to wszystko jest super satysfakcjonujące! Wszystkie postacie z poprzedniej książki dostają tutaj godne siebie zwieńczenie historii, no może oprócz wątku Poety, na który autor moim zdaniem nie miał za bardzo pomysłu i napisał go trochę na kolanie. Jest trochę zbyt pośpiesznie poprowadzony i jego finał, w opozycji do reszty bohaterów, jest naprawdę prościutki. Cała reszta, jak już wspomniałem, jest naprawdę wdzięczna i spokojnie spełnia pokładane w nich nadzieje. Nie będzie spoilerem fakt, że dla większości postaci jest to happy end, słodko-gorzki co prawda, ale jednak happy end.

I happy endu tyle by było jeśli chodzi o ten tekst, bo Upadek Hyperiona był chyba najcięższą, najbardziej toporną lekturą, jaką w życiu doświadczyłem. Dawno nie musiałem się aż tak bardzo zmuszać, aby przerzucać kolejne kartki i szczerze byłem bardzo blisko tego, by zwyczajnie porzucić książkę na rzecz czegoś innego. Być może jestem zbyt głupi na zaprezentowaną tutaj poetykę Simmonsa, a może po prostu on sam chciał zawiesić za dużo bombek na jednej choince. Bo mówienie o tej książce jako o powieści wielowątkowej to wciąż za mało.

Okładka amerykańskiego wydania książki. Fot. kobo.com

Sam autor chyba był świadom tego, że mało kto przeczyta jego powieść jednym tchem, stąd co kilkadziesiąt stron mamy praktycznie powtórzenie tego, co już było. Z jednej strony jest to trochę męczące, bo sztucznie wydłuża czas lektury. Ale z drugiej czasami łapałem się na tym, że gubiłem się w zalewie wątków i postaci, więc takie przypomnienie jest przydatne. Nie sposób nie odnieść jednak wrażenia, że Simmons kręci się czasami w kółko, starając się wypchać niepotrzebną watą i podbić ilość stron. Moim zdaniem okrojenie powieści z wielu niepotrzebnych de facto treści bardzo polepszyłoby całą dynamikę czytania.

Jak już wspomniałem, za wiele tutaj starano się upchnąć. Obok metafizycznej podróży pielgrzymów do mitycznych wręcz Grobowców Czasu mamy również galaktyczny konflikt na olbrzymią skalę, polityczne zagrywki, traktat o współczesnej religii, opowieść o sztucznej inteligencji, cyborgi, cybrydy, ludzi z przyszłości i ciągłe masturbowanie się do staroangielskiej literatury. Paradoksalnie cała ta wielka wojna, która jest nam zapowiadana przez 80 procent całej książki, znajduje swoje rozwiązanie praktycznie w jednym rozdziale, co było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Dlatego też w skali tych epickich wydarzeń, które finalnie wcale epickie nie są, to właśnie prywatne historie poznanych poprzednio postaci wybrzmiewają o wiele mocniej.

A jeśli tego było mało, to Simmons inspirował się najwyraźniej Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, wypełniając strony swojej powieści barwnymi, długimi opisami lokalnej flory, fauny czy architektury. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że tutaj też znajdujemy częste powtórzenia. Bierzcie jednak pod uwagę, że nie jestem osobą zbyt bystrą i może moje synapsy w mózgu zwyczajnie nie potrafią odnaleźć się w tym pełnym różnych grzybów barszczu. Cały ten bełkot o data/mega/meta sferach i technojądrach mnie totalnie zmęczyła i szczerze nie mam ochoty sięgać po nic, co oznaczone etykietą Science-Fcition przez długi czas.

Upadek Hyperiona mnie zwyczajnie przerósł i naprawdę cieszę się, że lektura ta jest już za mną. Czytając opinie w internecie, ironicznie zaśmiałem się na wpis kogoś, kto sugeruje przeczytanie tej pozycji dwa razy w celu jej pełnego zrozumienia. Sorry, ale ja wysiadam z tego mknącego przez czeluście galaktyki promu! Myślę, że ogrom materiału tutaj zgromadzonego wystarczyłby spokojnie na dwie czy nawet trzy powieści. Pozwoliłoby to nawet na lepsze ich dopracowanie i zwyczajnie naprawienie tego, co Simmons tutaj popełnił. Nie jestem jej w stanie nikomu polecić, jednak myślę, że jak każde takie specyficzne dzieło, znalazła i znajdzie ona wielu oddanych fanów. Ja jednak zdecydowanie się do nich nie zaliczam.

Wydawnictwo: mag.com.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.