Dwa złote colty (1959)

Być może oglądanie klasycznego, pełnego palącego słońca westernu nie jest najlepszym sposobem na radzenie sobie z przetaczającą się przez nasz kraj falą upałów, ale ja od czasu do czasu lubię wybrać sobie właśnie któregoś z tych amerykańskich eposów i zatracić pośród twardych facetów, pięknych kobiet i nasyconych przez CinemaScope plenerów. A szukając sobie coś mniej oczywistego, trafiłem na Dwa złote colty z 1959 roku, film, który miał aspirację dogonić najlepszych.

Film zaczyna się w tytułowym dla oryginalnego wydania miasteczku, Warlock. Nic nieznaczącej plamie na mapie południa Stanów Zjednoczonych. Jako że oficjalny namiestnik prawa w tych okolicach ma je w dupie, miasto terroryzowane jest przez zdziczałych kowbojów pod przywództwem Abe’a McQuown (Tom Drake). Po symbolicznym i dość brutalnym wyciągnięciu lokalnego szeryfa z miasta, rada Warlock postanawia zrobić zrzutkę na kogoś, kto na poważnie zajmie się problemem.

I tutaj, na swoim koniu, wjeżdża Clay Blaisedella (Henry Fonda), znany i nieustraszony pogromca wszystkich łotrów! Nie jest on całkowicie postacią znikąd, ponieważ ciągnie się za nim renoma kogoś, kto przywraca porządek w zapadłych dziurach. Clay przybywa w towarzystwie Toma Morganema (Anthony Quinn) i dość jasno ustala zasady swojej roboty. Oprócz pensji domaga się również całkowitej amnestii w kwestii sposobu, jakim pozbycie się bandy Abe’a z miasta. Dodatkowo chce otworzyć kasyno i burdel w lokalnym saloonie, na co z bólem serca przystaje rada miasta Warlock.

Mówiłem wyżej, że Dwa złote colty to film z ogromnymi aspiracjami do bycia dziełem wielkim. Takie uczucie unosi się nad nim od początku trwania seansu. Mamy tutaj wiele wątków, wiele postaci i kilka kulminacji ich historii. Dla wielu widzów film może swoją metodą na opowiedzenie historii może kojarzyć się wręcz z operą mydlaną. Bo przykładowo dość dużo czasu zajmuje tutaj wątek szeregowego bandziora, który wbrew swoim przekonaniom zostaje z gangiem ze względu na swojego młodszego brata. Na całe szczęście dzieje się nie tylko dużo, ale i ciekawie, a scenariusz Roberta Alana Aurthura pęka w szwach od intrygi, dramatu i całego tego filmowego farszu.

Zobacz cały film tutaj:

Konflikty i interesy ekranowych postaci potrafią zaangażować, zwłaszcza wtedy, kiedy pionki już rozejdą się po planszy. Nie są to co prawda nie wiadomo jak zniuansowane rzeczy, ale takie surowe i fundamentalne dla gatunku motywy grane przez taką obsadę zawsze działają. Reżyser dość sprawnie ułożył z tych elementów mozaikę epickiego westernu, w którym ta wielowątkowość zupełnie nie przeszkadza, a tylko wzbudza w widowni zaciekawienie. A kiedy już dochodzi do ostatecznej kulminacji, w której faceci prują do siebie z tytułowych coltów, jest energicznie i z odpowiednim bagażem emocjonalnym!

Jeśli miałbym szukać dla Dwóch złotych coltów jakiejś adekwatnej szufladki, to wybrałbym tę podpisaną jako „western drużynowy”. Filmy z co najmniej trzema głównymi bohaterami często się rozmywają, robią się bełkotliwe i niejasne. Na całe szczęście tutaj jest zupełnie inaczej! Wszyscy bohaterowie zmagają się z tymi samymi dylematami dotyczącymi prawa, moralności i utrzymania porządku, więc mamy jakiś konkretny rdzeń i spoiwo. Czy prawo stanowi narzędzie w dotarciu do celu? Czy jest czymś, co wymaga ochrony za wszelką cenę? I w końcu czy aby je utrzymać, wymagana jest przemoc? Nic odkrywczego, ale przez te wszystkie lata wciąż pasjonującego.

Co zaskakujące, mimo typowej dla westernu otoczki filmowi udaje się wyskoczyć nieco poza ramy i skrytykować bezsensowną przemoc. Dostajemy kilka różnych spojrzeń na ten temat, zależnych od postaci, ich charakterów, idei, wychowania czy własnych przeżyć. Oczywiście wszystko by to poszło się paść, gdyby nie fenomenalne, pierwszoligowe aktorstwo. Fonda i Quinn doskonale grają skomplikowaną relację między Clayem i Morganem, pełną powierzchownej sympatii, ale również jakiejś takiej skrytej pogardy. Do tego między wszystkimi postaciami istnieje pewien konflikt interesów, co prowadzi do tych wszystkich scenariuszowych fajerwerków.

Ostatecznie Dwa złote colty to naprawdę udane reprezentant swojego gatunku. Jasne, jeśli ktoś nie lubi westernów to wynudzi się na nim niczym mops, jednak trudno o bardziej klasyczny, a zarazem nieklasyczny film z tego nurtu. Dzisiaj pewnie byłby nazywany kinem ambitnym, wtedy aspirującym do czołówki. I pewnie dla wielu fanów jest on gdzieś na tym piedestale, bo dla mnie, kompletnego laika w tym temacie, plasuje się całkiem wysoko!

Oryginalny tytuł: Warlock

Produkcja: USA, 1959

Dystrybucja w Polsce: Grjngo – Westerny

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.