Od fajności w skrajność – finał „Stranger Things”

Mając prawie cztery godziny na zagospodarowanie finału czwartego sezonu Stranger Things, bracia Duffer postanowili zrobić kinowy blockbuster. Oczywiście wszystko, cały praktycznie serial gdzieś tak od drugiego sezonu podążał w tę stronę, to jestem jednak pod wrażeniem, z jakim rozmachem twórcy podeszli do swojej opowieści. Czy to dobrze? No moim zdaniem nie, ale wiecie, ja to najbardziej trzymam się tego pierwszego, dość kameralnego w konstrukcji sezonu, a resztę, choć kocham całym sercem, mogli by zakończyć w dowolnym momencie i wcale bym nie płakał.

No ale przejdźmy do sedna, czyli dwóch, potężnych w swej kubaturze odcinkach finałowych. Za pomocą wiecznie upalonego, rdzennego mieszkańca Stanów grupa naszych bohaterów z Kalifornii odnajduje idealne miejsce do stoczenia mentalnej walki Jedenastki z największym (chyba) złem tego uniwersum, Vecną. Ekipa z Hawkins wpada na przebiegły plan dorwania monstrum w jego własnym leżu, a Hooper z pozostałymi infiltruje tajne więzienie gdzieś na terenie ZSRR. Tyle, jeśli chodzi o pozbawiony spoilerów opis, później będą one częste i gęste!

Na starcie warto powiedzieć, że jest to wciąż stare, dobre Stranger Things, czyli serial, który zachwycił miliony ludzi na całym świecie swoim ciągłym puszczaniem oka w stronę klasyki kina lat 80. A tego jest tutaj znów cała masa i wyłapywanie ich stanowi wielką frajdę. Mamy zatem jawne odniesienia do serii filmów Obcy, subkultury metalowej tamtych lat, komiksów o superbohaterach, teorii spiskowych i wielu innych. Sam finał, kiedy Vecna wypada przez okno z raną postrzałową, by ku zdziwieniu wszystkich, zniknąć zostawiając po sobie ślad na trawniku, to wręcz kalka takiej samej sceny z zakończenia Halloween (1978). Resztę nawiązań do wyłapania zostawiam Wam.

Stranger Things to dla mnie w głównej mierze jednak postacie. Jedni z ekipy zrobili jakiś progress, inni stoją w miejscu, a jeszcze inni dosłownie się cofnęli. Pisałem już o tym, co zrobiono z postaciami Jonathana i Robin. Z tego pierwszego zrobiono ogłupiałego ćpunka, z niej totalną niezdarę i lekko chłopięcą lesbijkę, która najwidoczniej po wszystkich tych dramatycznych przejściach zasługuje na… dziewczynę. Widać podejście do postaci nieheteronormatywnych u twórców serialu zostało gdzieś na przełomie lat 90. i 00. Największą drogę przechodzi tutaj… Max! Szkoda tylko, że w przełomowym dla tej postaci momencie scenariusz czyni ją praktycznie martwą. I teraz mam dylemat, bo z jednej strony szkoda tak fajnej postaci, a z drugiej, jeśli twórcy przywrócą ją do życia w kolejnym sezonie, to przeskoczą daleko ponad próg głupoty.

Ogólnie twórcy mają problem z reprezentacją w swoim serialu, ponieważ 95% jego bohaterów jest białych jak kartka papieru. Ale nie przeszkadza to wtedy, kiedy na scenę wchodzi całkiem nowa postać, fenomenalnie zagrany przez Josepha Quinna Eddie Munson. Gość kradnie całe show i kiedy już jego postać, podobnie jak Max, dostaje moment zwrotny w pisaniu swojego charakteru, twórcy postanawiają… go uśmiercić. Dają mu najpierw solówkę, w której na stylowej gitarze gra on Master of Puppets zespołu Metallica wabiąc nietoperze z innego wymiaru. Cała ta sekwencja popada nieco w kicz, jest przesadzona i, nawet jak na standardy serialu, nazbyt „cool”.

Podobnie jest z walką Hoopera w radzieckim więzieniu, gdzie niewiadomo skąd w jego ręce trafia dokładna replika miecza z filmu Conan Barbarzyńca (1982). Nakręcona w oczywistym dla tego typu rzeczy slow-motion scena przywodzi mi na myśl najgorsze filmy akcji z początku lat 2000. Niepotrzebne to wszystko moim zdaniem, bo sama walki Vecny w umyśle pogrążonej w traumie Max byłaby odpowiednio epicka, ale rozumiem, że z wielkim budżetem idzie także wielka rozrzutność – parafrazując znane powiedzenie. Z drugiej strony, już bez zabawy w parafrazy, można zacytować tutaj  „co za dużo, to nie zdrowo”.

Samo zakończenie, w którym dowiadujemy się jasno, że Vecna żyje i wciąż ma plany co do miasteczka Hawkins, sprawia, że cały ten sezon wydaje się trochę bez sensu. Epicka, finałowa walka nie wnosi do historii praktycznie nic, oprócz wyautowania kilku bohaterów. Wiem, w życiu nie zawsze wszystko musi skończyć się dobrze, ale mam przeczucie, że w piątym sezonie otrzymamy disneyowski wręcz happy end. Dlatego też ten smutny i nieco depresyjny sezon czwarty, zwieńczony prawdziwą apokalipsą, wydaje się tylko mocno rozciągniętym wprowadzeniem, które obiecuje więcej, niż jest w stanie zaoferować.

Trudno mi zatem jednoznacznie ocenić czwarty sezon Stranger Things. To przecież wciąż kawał fantastycznego kina nowej przygody, z bohaterami których kochamy i w realiach, które uwielbiamy. Ciężko mówić mi, że zmuszałem się do oglądania serialu, nawet musiałem go sobie dawkować, by tylko nie obejrzeć go zbyt szybko! Ale cholera, ciężko mi nie narzekać bo tym jakże przeładowanym finale, który nijak nie daje mi tego, co dla mnie najważniejsze, historii. To małe momenty, takie jak przygotowania do ostatniej bitwy czy motyw „satanic-panic”, sprawiają, że serce puchnie, ale rozum cały czas podpowiada nam, że to tylko preludium.

Oryginalny tytuł: Stranger Things 4

Produkcja: USA, 2022

Dystrybucja w Polsce: netflix.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.