Gonzo: Życie i twórczość doktora Huntera S. Thompsona (2008)

Nie mogę powiedzieć, że Hunter Stockton Thompson jest jakąś moją wielką, życiową inspiracją, jednak jego prowokacyjny, hulaszczy i przepełniony używkami styl życia jest co najmniej fascynujący. Amerykański pisarz, eseista i twórca dziennikarskiej formy „gonzo” żyje we mnie do dziś, choć sam w 2005 roku pozbawił się życia strzałem w głowę na swojej farmie w Woody Creek. Mam jego książki, czytam również publikowane w magazynach Rolling Stone czy ESPN eseje i oglądam filmy z nim związane.

A nakręcony przez Alexa Gibney w 2008 roku dokument Gonzo: Życie i twórczość doktora Huntera S. Thompsona wydaje się najlepszym z możliwych wprowadzeń do szalonej przygody Raoula Duke’a – pseudonimu artystycznego i altergeo Thomposona. To w zasadzie przelotka przez, jak wskazuje tytuł, życie i twórczość Doktora. Reżyser w nabożną wręcz czcią próbuje uchwycić w swoim obiektywie to, czym tak naprawdę jest styl gonzo. Wszystko to na podstawie zapewne przytłaczającej z początku ilości materiałów, archiwalnych nagrań samego Huntera, wywiadów z jego byłymi żonami, kolegami czy politykami.

Twórcę widocznie najbardziej kręci okres lat 60. i 70., czyli szczyt popularności i dziennikarski prime time Huntera Thompsona. Myślę, że spokojnie materiału źródłowego starczyłoby na kilku odcinkowy, rzetelny serial dokumentalny, ponieważ tak wiele jest tutaj ciekawych rzeczy całkowicie spłyconych lub wręcz pominiętych. Jednak doskonale rozumiem, że Gibney musiał podjąć trudne decyzje na etapie pisania lub montażu, które elementy wyciąć, a które zostawić. Czytając Królestwo lęku, czyli ostatnią, wielką książkę Doktora, fascynowałem się jego startem w wyborach na szeryfa Austin. W Gonzo… wątek ten też się pojawia, jednak on sam mógłby wyplenić cały metraż filmu! Tutaj jest oczywiście ograniczony do niezbędnego minimum, a szkoda.

Niektóre fragmenty tekstów Huntera czytane są przez Johnego Deepa, co stanowi fajny element – obaj panowie byli serdecznymi przyjaciółmi, a Deep zagrał przecież samego Thompsona w genialnym Las Vegas Parano (1998). Jest to jednak również pewna wada całego filmu, ponieważ ten niemal wyłącznie skupiony jest na różnych, często sprzecznych opiniach ludzi o Doktorze. Moim zdaniem za mało jest tutaj samego głównego bohatera, nie otrzymujemy większego wglądu do jego głowy, a jego postać budujemy sobie głównie na podstawie relacji innych. Z drugiej strony, to właśnie wpływ, jaki prekursor stylu gonzo wywarł na ludzi, jawi się jako wciąż bijące serce Huntera.

Punktem, który film obiera sobie za zwrotny w karierze Doktora jest ten, kiedy Hunter w 1974 roku wybrał się na walkę między Muhammadem Alim i Georgem Foremanem. Ali był jednym z niewielu bohaterów Thompsona, ale zamiast uczestniczyć w jego walce, dziennikarz został w basenie w swoim hotelu, nie okazując zainteresowania. Jego przyjaciele spekulują, że Thompson po prostu nie mógłby znieść kolejnego rozczarowania, gdyby Ali przegrał (choć, jak się okazało, nie przegrał). Z biegiem lat wiara Thompsona w Amerykę doznała serii miażdżących ciosów, brutalne zamieszki w Chicago z 1968 roku, zabójstwo Kennedych i Martina Luthera Kinga, porażka McGoverna i korupcja Nixona. Amerykański sen stawał się coraz bardziej odległy.

Styl życia „pisarza-gwiazdy rocka” oznaczał, że Thompson stracił również swoją anonimowość i swobodę obserwowania ludzi wokół. Doktor podupadł i prawie stał się karykaturą samego siebie, a Gonzo przejął nad nim praktycznie całą kontrolę. Ten film może nie być ostatecznym opisem życia i twórczości Huntera S. Thompsona, zamiast tego skupia się na „Gonzo”. Nic dziwnego, że film traci poczucie Huntera, bo Hunter stracił poczucie siebie. Doszedł do wniosku, że jeśli umrze, mit Gonzo będzie mógł dalej trwać. I być może istnienie tego filmu jest dowodem na to, że Thompson miał rację.

Ciekawy wydaje się wątek dziwnej relacji Thompsona z brytyjskim artystą Ralphem Steadmanem, którego Thompson zdominował psychologicznie i który wydaje się najsmutniejszy ze wszystkich pozostałych, którzy wypowiadają się o swoich wspomnieniach z Hunterem. Bez wątpienia Thompson miał większy wpływ na pracę Steadmana niż kiedykolwiek miała psylocybina. Wspomnienia Steadmana o jego zawodowym i osobistym związku z Thompsonem opisane zostały w publikacji The Joke’s Over, która wydaje się jednak bardziej szczerym portretem Thompsona, aniżeli prezentowany tutaj film.

Dokument Gibney’a jest jednak odpowiednio wciągający, optymistyczny i politycznie istotny. Niektórzy mogą nie docenić tej ostatniej części, ale nie można było uniknąć współczesnego znaczenia politycznego, ponieważ Hunter S. Thompson bardzo dużo pisał o prezydenturze Busha, która doprowadziła do jego samobójstwa w 2005 roku. Co by jednak nie mówić, twórca idealnie odrobił lekcje z kręcenia filmu, po którym od razu masz ochotę sięgnąć po którąś z publikacji Huntera! Bo bez tego czujemy się jacyś tacy mniej „kulturalni”.

Oryginalny tytuł: Gonzo: The Life and Work of Dr. Hunter S. Thompson

Produkcja: USA, 2008

Dystrybucja w Polsce: mdag.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.