Kenneth Grahame „O czym szumią wierzby”

Warto w czasach narastających niepokojów, napięć i wszechobecnych tragedii, pozwolić tak po prostu wyczilować naszemu umysłowi. Dlatego też warto sięgnąć po coś, co może nie tylko zabrać nas do czasów beztroskiego dzieciństwa, ale przenieść w zupełnie inny, idylliczny świat. A chyba nie ma lepszego miejsca, od sielankowej, pachnącej wszystkimi porami roku, angielskiej prowincji, gdzie głównymi bohaterami są jej najmniejsi mieszkańcy?

Dla średnio oczytanej osoby Kenneth Grahame znany jest jako XIX-wieczny pisarz powieści kierowanych głównie do najmłodszych. W wolnym czasie był sekretarzem Banku Anglii. Dlatego też czytając te delikatne, urocze wizje można wpaść w konsternację związanym z tym, jak powiązać ich autora z czymś tak „sztywnym”, jak praca w banku. Ale przecież nawet piastowanie tak odpowiedzialnego stanowiska nie zwalnia nas z potrzeby doznawania piękna.

Osadzone w dolinie Tamizy, gdzie Grahame (jak na ironię Szkot) dorastał w XIX wieku, O czym szumią wierzby śledzi pokaźną grupkę antropomorfizowanych zwierząt. Nasi bohaterowie spędzają razem nie tylko sielankową idyllę, ale również  przełomowe dla życia wielu z nich pory roku. Zaczyna się od tego, że Kret porzuca swój dom podczas wiosennych porządków, ucieka na świeże, wiejskie powietrze gdzie odkrywa wielką rzekę i zaprzyjaźnia się z Wodnym Szczurem.

Wkrótce poznajemy również mądrego i szorstkiego Borsuka oraz irytującego Ropucha, bogatego i nadpobudliwego młodego człowieka, który zawsze ma nowe hobby. Pod względem struktury jest to dziwna książka, oparta na zbiorze bajek na dobranoc, które Grahame opowiadał swojemu synowi. Jeden rozdział to pozbawiony fabuły opis przytulnej, świątecznej kolacji, a drugi (bardzo dziwny) opowiada o spotkaniu Szczura i Kreta z bogiem Panem. Wszystko to jest luźno połączone narracją dotyczącą skazania Ropucha za kradzież samochodu.

Wielu krytyków i znawców literatury porównuje książkę Grahame’a do Tolkienowskiego Władcy Pierścieni. Obaj Panowie mieli w zwyczaju idealizowanie angielskiej wsi, na długo przed tym, zanim ta zmieniła się pod wpływem przejmującej wszystko industrializacji. Nie wiem, jak to się w odniesieniu do Hobbitonu, bo w momencie pisania tego tekstu nie miałem w rękach nigdy tego kultowego dzieła fantasy, jednak przyznać mogę, że właśnie brytyjska prowincja jest tutaj pełnoprawnym bohaterem. To urocza, sentymentalna opowieść pełna strumieni i łąk, kwiatów, łódek i wiosek. Zarazem też dziwaczny, baśniowy świat, gdzie XIX wieczna technologia, jak samochody, koegzystuje ze średniowiecznymi zamczyskami strzeżonymi przez rycerzy.

Jednak ze współczesnego punktu widzenia jest kilka momentów, które są wręcz drastycznie przestarzałe. Jestem pewien, że nie o to chodziło Grahame’owi, ale Kret i Szczur tworzą widocznie gejowską parą. Co bardziej niepokojące, ponieważ autor był bardzo zamierzonym człowiekiem, sztywny, brytyjski system klasowy jest wszędzie. Kret jest regularnie karcony za chłopskie przyzwyczajenia i język, niejednokrotnie wstydząc się swojego małego i nędznego domu w porównaniu z bogatszą norką Szczura z klasy średniej. Co bardziej oczywiste, Ropuch jest uprzywilejowanym dżentelmenem, który spędza wolny czas, wydając pieniądze na wszelkiego rodzaju absurdalne zajęcia. Kiedy w pewnym momencie historii ucieka z więzienia, doznaje prawdziwego szoku. Jego rezydencja jest teraz pełna skłoterów z klasy robotniczej.

Nie ukrywam, że najbardziej podobały mi się rozdziały o Szczurze, Krecie i Borsuku. To łagodne zwierzęta, które robią delikatne rzeczy. Ale Ropuch… cóż, Ropuch jest denerwujący. Jest bogaty i zarozumiały, a wszystko uchodzi mu na sucho, ponieważ jest bogaty. Cały czas czekałem, aż tylko spotka go w końcu zasłużona kara, a niestety jedyne, co musi zrobić, by jakoś zadośćuczynić swoje winy, to wydanie trochę więcej hajsu niż zazwyczaj.

Szczerze nie wiem, czy poleciłbym O czym szumią wierzby współczesnym rodzicom. To piękna książka, naprawdę, jednak jej bohaterowie czasami używają dość ostrego języka, palą fajki, kradną i piją alkohol. Wszystko to pasuje do czasu, w którym została napisana książka, ale jak jest to obecnie postrzegane w literaturze dziecięcej? No właśnie! To chyba przykład literatury dziecięcej, która więcej frajdy sprawi dorosłym. A jeśli czujecie jakąś wyimaginowaną nostalgię do czasów, kiedy bogaci właściciele ziemscy jedli dostojne śniadania w swych wielkich posiadłościach, a przygodę życia można było znaleźć na płynącej nieopodal rzece, to jest to w takim razie lektura obowiązkowa.

Wydawnictwo: vesper.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.