Don’t Make Me Go (2022)

Nie jestem fanem ckliwych filmów o ludziach cierpiących na nieuleczalne choroby, ponieważ kojarzą mi się one głównie z nadęciem i jakąś taką pretensją. No i filmy takie jak Siedem dusz (2008) czy Gwiazd naszych wina to nie konkretne historie, a tylko sklecone przez producentów wyciskacze łez, które swoją wymuszoną manierą potrafią ruszyć serca tylko… a dobra, nie chce nikogo obrazić.

Sięgając po jakże manieryczny tytuł Don’t Make Me Go, spodziewałem się czegoś podobnego. W końcu to historia chorego na złośliwy nowotwór ojca (John Cho), który z wyrokiem od lekarzy rusza ze swoją nastoletnią córką (Mia Isaac) w podróż po południowych stanach USA. Już sam początek dosłownie mówi nam, że raczej nie spodoba nam się to, w jaki sposób historia ta się zakończy. Jednak zanim dojdziemy do miejsca, gdzie czeka nas oczekiwany zawód, jest przecież cała reszta filmu.

To, czego nie wie córka, to nie tylko stan zdrowia jej ojca, ale również cel ich wspólne podróży. A jest nim spotkanie się z biologiczną matką, która lata temu puściła ojca kantem z jego najlepszym przyjacielem. Scenarzystka i reżyserka Hannah Marks oraz Vera Herbert dobrze grają na tej strunie, fundując nam rozdzierające serce momenty rozstrojenia dwójki bohaterów. Chwile, takie jak ta, gdy nieświadoma niczego dziewczyna opowiada ojcu o tym, że przed śmiercią muszą wrócić do Teksasu, aby zobaczyć deszcz meteorytów naprawdę potrafią poruszyć nawet najbardziej zabetonowane uczucia.

Ponieważ nikt na świecie nie jest w stanie zaopiekować się Wally, kiedy zabraknie Maxa, pojednanie z jej biologiczną matką wydaje się naturalnym ruchem. I jest to punkt wyjścia dla wydawać by się mogło, typowego kina grozy.  On uczy ją prowadzić samochód, ona nie jest w tym zbyt dobra i kłócą się jak przeciętny ojciec z córką. Cho i Isaac wykonują przyzwoitą robotę, podkreślając relacje między swoimi bohaterami, a ich wspólna energia sprawia, że film po prostu się chłonie.

Prawdziwym, aktorskim diamentem okazuje się tutaj Cho, dając cichy i piękny występ jako Max, mężczyzna, który na wiele sposobów zawiesił nagle swoje życie. Gdy Max i Wally jadą w podróż, Cho ma ciche chwile, w których możemy zobaczyć, jak uderzyła go rzeczywistość, jakby spadło na niego powiadomienie, że tak, to może to być ostatni raz, kiedy doświadcza tego rodzaju chwili z własną córką. Gość, który dla mnie znany jest najbardziej z takiego kultowego już filmu jak O dwóch takich, co poszli w miasto (2004) pokazuje, że jest naprawdę błyskotliwy i potężny w bardziej spokojnych występach.

Wszystkie te sceny świadczące o emocjonalnym rozmachu Don’t Make Me Go są często przerywane zbyt banalną ścieżką dźwiękową. Podczas gdy eksperymenty tonalne są zawsze mile widziane w zwykłych narracjach, takich jak właśnie ta, dość mam już zapętlonych w kółko kawałków takiego Iggy’ego Popa czy New Order, które jak wiadomo, są wiecznie żywe i łączą pokolenia. Pomijając już kultowe z każdej strony The Passenger, większość muzyki użytej w filmie bardziej przypomina nijaką playlistę Spotify jakiegoś nowobogackiego hipstera lub taką, która spokojnie mogłaby lecieć w sieci sklepów H&M.

Dla bardziej wymagającego widza film Marks może okazać się jednak zbyt prosty i mało odkrywczy. Chociaż jego problemy z tempem można przełożyć na rzecz jego mile widzianej szczerości i widocznego na każdym kroku serca, wszystko, co nam oferuje, jest już dobrze wydeptanym terytorium. Cudownie jest siedzieć z uczuciami, które rodzą się z dynamiki między postaciami Cho i Izaak, ale nie wystarczy polegać po prostu na tej charyzmie lub poprowadzić nas tam, gdzie najbardziej się tego spodziewamy. Oglądając film, odniosłem wrażenie, że tym postaciom i temu światu należy się zwyczajnie więcej uwagi.

Don’t Make Me Go to film bardzo przyjemny, emocjonujący, ale zbyt niewiele w nim niuansów, aby zapisać się złotymi zgłoskami w annałach takiego małego, wielkiego kina. Istnieje cienka granica między komfortem narracji a brakiem wyobraźni i niestety ten film zbyt często zajmuje tę ostatnią przestrzeń. Chociaż nie każdy reżyser musi wymyślać na nowo kinowe koło, w dziele jest coś takie, co nawet jeśli pociąga za serce lub sprawia, że się uśmiechasz, nadal nie wzbudza u widza poczucia inspiracji. Ale jak to w najlepszych podróżach bywa, nie liczy się ich cel, a przecież trasa, a ta, jak już wspomniałem, jest naprawdę przyjemna.

Oryginalny tytuł: Don’t Make Me Go

Produkcja: USA, 2022

Dystrybucja w Polsce: primevideo.com

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.